Moyashi - Na zawsze pozostanę pierwszym mistrzem Fairy Tail

  • Wszechwiedzą

    >Luna Lancelot była zaledwie czternastoletnią dziewczynką o porcelanowej cerze, dużych niebieskich oczach i długich blond włosach sięgających po pas, wielu mieszkańców uważa ją za pustą szlachciankę rozpieszczoną już od najmłodszych lat przez wysoko postawionego ojczulka. Nic bardziej mylnego moi mili, Luna Lancelot mimo posiadanych cech wyglądu jest istną skarbnicą wiedzy, w jej głowie znajdują się księgi o które w fizycznej formie przestały istnieć lub są tak dobrze ukryte, że wzmianki o jednej księdze znajdują się w setce innych tworząc mapę do skarbu, tak potężnego, że zagrażałaby ona wszystkim istotom żyjących w naszym świecie. Wyobraźcie sobie moc, która pozwala która krzykiem zamienia ludzi w olbrzymów, rozmowę,która przywraca zmarłych do życia, szept, który przenosi góry oraz myśl, która zmiata cywilizację z powierzchni ziemi.
    Cała ta wiedza była zamknięta w głowie Luny. Bardzo ważne jest tutaj słowo “zamknięta”, otóż osoba posiadająca w swoim umyśle ten zabroniony księgozbiór, nie miała do niego pełnego dostępu, mogła co jedynie zajrzeć na grzbiety książek lub uchylić co jedynie niektóre okładki. Każde próba uzyskania wiedzy z tego boskiego wręcz źródła wiązała się z wielką ceną jaką musiał zapłacić ów śmiałek ale i tak był to zaledwie promil. Niegdyś zastanawiałem się, jaki jest sens istnienia wszechwiedzących gdy żadna istota śmiertelna nie uzyska dostępu do księgozbioru, lecz co bardziej mnie interesowało to“osoba”, która stworzyła taki system zabezpieczeń. Trzy lata temu jeden z naszych kompanów Virgil Lancelot przybrany brat Luny zdradził nas na pustyni Mortaz podczas oblężenia Miasta Orła.
    Lecz najgorsze jest to, że Virgil oprócz władania magią grawitacji, posiada także moc Widmowej Fali, tak osobliwej, że jej istnienie musiało zostać zapisane w księgozbiorze… Tak, temu skurczybykowi udało się przełamać barierę Luny za co przypłacił pierwszym życiem.
    Wczorajsza rozmowa z Gragiem o Auguście Steelu tytułowanym “Żelaznym Inkwizytorem” za sprawą mechanicznych kończyn mógł swobodnie władać magią żelaza. Lecz to nie moment by rozwijać kolejny życiorys.
    >Podczas wczorajszej rozmowy Grag przypomniał mi, że Augustyn Steel zginął trzy razy z mojej ręki ale odżył. Raz w Nosville, drugi w porcie Alveus i trzeci na “Żelaznej Dziewicy” statku Officium. Nie zakładam, że obaj są istotami nieśmiertelnymi lecz zaskakujący jest fakt, iż widziałem dwa razy śmierć Virgila i trzy razy śmierć Augusta oraz fakt, że oboje się ukrywają co oznacza, że ilość ich żyć jest ograniczona i starają się uniknąć kolejnych możliwych śmierci. Lecz to mogła potwierdzić tylko Luna, która przebywała w bibliotece Calvina.
    Noc spędzona w jednym z pokoi w karczmie u Graga była zdecydowanie jedną z lepszych nocy jakie udało mi się przespać. Zapewne było to spowodowane kilkudniowym zmęczeniem wywołanego przez podróż lub świadomość, że jesteś w domu. Lecz i tak piękny odpoczynek został przerwany przez hałas dobiegający z dołu karczmy. Nie muszę chyba tłumaczyć, że w godzinach popołudniowych do karczmy lgną tłumy ludzi w celach oczywistych. Z okna mojego pokoju ujrzałem, że przed biblioteką zaczyna zbierać się kolejka prowadzącą do domu Mimi, co po części rozwiązywało problem przedostania się do Luny, unikając kontaktu z Mimi.
    >Grag potrafił o nas zadbać, po tym wielkim wikingu, bracie Aegira moglibyście się spodziewać prawdziwego berserka a nie człowieka traktującego każdego jak członka rodziny. Gdy ujrzałem swój świeżo wyprany strój na krześle poczułem się jak za tamtych dni gdy nasza gildia jeszcze istniała. Lecz czas mnie gonił a czym bardziej zwlekam tym kolejna na zewnątrz robi się dłuższa a spotkanie z Mimi może być nieuniknione, dodatkowo Grag nie wypuściłby mnie ze swojej karczmy bez posiłku. Dlatego czym prędzej ubrałem swój świeży strój, uchyliłem okno w moim pokoju i jedynie jeszcze zabrałem spod kołdry Kuro, który jeszcze spał i wyskoczyłem przez okno na dach karczmy, z którego następnie przeskoczyłem na rynek. Nawet tym dziwnym zjawiskiem nie przykułem uwagi ludzi będących na rynku.
    Gdy jakimś cudem udało mi się przebrnąć koło kolejki kupców chcących się zarejestrować, całkowicie przypadkiem usłyszałem wieści o tym, że “ponoć” Mavis wrócił do Nosville. Też całkiem przypadkiem miałem na głowie kaptur i zakrytą twarz szalikiem. Udało mi się niepostrzeżenie przemknąć do drzwi biblioteki gdzie szybko wszedłem do środka zamykając natychmiast za sobą drzwi i od razu usłyszeć znajomy głos.
    - Wieści jeszcze do niej nie dotarły. - Oznajmił chłopak o siwych włosach, siedzący przy biurku
    - Nawet się nie przywitasz Calvinie?- Odparłem
    - Heh. No niech będzie, Witaj Lelusz.- Powiedział z nutą pogardy. - Zawsze będzie dla mnie taki oschły? - Zapytałem z uśmiechem. - Zobaczymy. - Odparł, po czym wstał i podał mi swoją dłoń.
    - Luna czeka na Ciebie na parterze, do końca i prawo. I jak coś to Cię nie wiedziałem.- Dodał a ja podałem mu swą dłoń, po czym poszedłem dalej korytarzem uformowanym z regałów aż do okien znajdujących się na końcu pokoju. Skręciłem w prawo i już parę alejek dalej dziewczynę w białej sukience z długim rękawem, prawdopodobnie sama połączyłą szwami kawałki białych prześcieradeł. Nie wiem skąd miała materiał tak wysokiej klasy lecz światło dobiegające z okien odbijało się od niej jak od diamentu. Podszedłem do niej powolnym krokiem i stanąłem obok, dziewczyna cały czas przeglądała strony bardzo starej zniszczonej książki.
    - Cześć Luna!- Krzyknął Kuro wychylając głowę zza mojego kołnierza, po czym przeskoczył na moje prawe ramię.
    - Wiesz, że tego nie zrobię. - Powiedziała na wstępie Luna. - Nawet nie pozwolisz mi się przywitać?- Odparłem pytaniem.
    - Lelusz wiem po co tu jesteś i wiem dlaczego wróciłeś wcześniej.- Luna zamknęła gwałtownie książkę i odłożyła ją na swoje miejsce. - Żądasz tego co nieosiągalne. -Dodała wpatrując się w regał podobnych książek.
    - Muszę wiedzieć...jak oni to zrobili. - Oparłem się o regał a Kuro spojrzał w na moją twarz.
    - Lelusz...Wiesz, że zawsze Ci pomogę ale to czego chcesz jest poza zasięgiem nawet Virgila. - Odwróciła się w moim kierunku i położyła swoją ciepłą i delikatną dłoń na moim prawym policzku. - Jeżeli nie przestaniesz staniesz się czymś gorszym od niego. Wiem, że twoja podróż nie była związana z Widmową Falą ale z… - Gwałtownie zakryłem jej twarz prawą ręką a lewą przytrzymałem za ramię.
    - Proszę…- Spojrzałem głęboko w jej oczy i puściłem ją. - Moja odpowiedź nadal brzmi nie.- Po czym odeszła szybkim krokiem. - Lelu ona ma racje, nie warto, cena jest zbyt duża, jeszcze ich dopadniemy. - Dodał Kuro wskakując ponownie za kołnierz.
    - Chodźmy do domu, jestem ciekaw czy coś jeszcze z niego zostało skoro Hakim i Misiek tam mieszkają.
    - Pamiętaj, że musimy zapłacić za zeszłoroczne szkody.- Dodałem, udając się do wyjścia.

  • Jest taki samotny dom

    >Kilka lat temu podczas jednej z moich pierwszych wizyt w stolicy w celach formalnych związanych z gildią. Udało mi się porozmawiać z Baldurem Halapem, był magiem pełniącym służbę medyka w bazie Officium podczas oblężenia Akki na wschodzie. Ów jakże “niespodziewana” rozmowa była spowodowana nagłą wieścią o tym, że członkowie gildii noszący znak wróżki z ogonem zabili demoniczną larwę Fevera, w okolicach małej portowej wioski zwanej Nosville. Kiedy wysoko postawieni arcymagowie, którzy przez lata studiowali tak “skomplikowaną” formę życia jaką był Fever dowiedzieli się, że zwykłej dopiero co uformowanej gildii z wioski o której nikt w stolicy nie wiedział. Udało się pokonać to czego oddziały Wielkiego Imperium nie potrafiły zrobić od lat mimo posiadania znacznie potężniejszych magów niż my. Pomijając dalsze przyjemności jaki nas spotkały po pokonaniu Fevera i miłej kolacji w garnizonie Inkwizycji jeszcze tego samego dnia, ów właśnie Baldur Halap zaczął mi opowiadać o jednej ze swoich pierwszych wypraw na północny-zachód w okolicę Yamerheld kiedy to był dopiero co upieczonym adeptem magii w Akademii Inkwizycji. Niejako nie obchodziły mnie co prawda wspomnienia zupełnie nieznanej mi starszej osoby lecz z grzeczności postanowiłem go wysłuchać. Więc jako nastoletni chłopak ujrzał na własne oczy jak okrutna potrafi być wojna toczona z orkami…
    Młody Baldur wspominał o tysiącach uchodźców, którzy opuszczali tereny dotknięte wojną, spalone wioski i miasta, martwe rozkładające się szczątki ciał ludzi, krasnoludów, elfów… Mag przyznał, że mimo tak wielu lat nie może pozbyć się scen kiedy to dzieci próbują obudzić martwych rodziców, całkowicie nieświadome tego faktu, a potem zaczęła się cała historia o jego zasługach dla Officium i jak szybko udało mu się awansować lecz ten fragment jego autobiografii postawiłem przepuścić przez uszy jak świst wiatru lecz Baldur Halap na samym już końcu swej biografii stwierdził po latach spędzonych na wojnie, że zawsze tęsknił za swoim domem. Bowiem nigdy nie wiedział, czy po powrocie nie zastanie w nim ciężarnej żony, martwych rodziców lub czegoś gorszego, niepewność z tym związana sprawiała, że nie przespał wielu nocy, przed każdym powrotem towarzyszyła mu radość na myśl, że wraca w to jedno jedyne miejsce. Co prawda Halap wspominać o urokach wojny wiedział doskonale o tym, że wielu nie ma gdzie wrócić, że wielu z tych, którzy stracili swe życie w “słusznej” sprawie, nie wróci do domów lub otworzą drzwi pustego domostwa. Bowiem każdy powinien znaleźć swoje miejsce na tej ubitej ziemi, które może nazywać domem i wracać do niego tyle razy ile chce, bez ograniczeń.No cóż... jeżeli ta ckliwa opowieść ukazała wam w głowach powalone lub płonące domy, zrujnowane mury i czarny dym, a nawet wręcz pogorzelisko to właśni taki obraz ujrzałem gdy przekroczyłem próg własnego domu.
    >Chciałbym przypomnieć wam moi mili, że moi przyjaciele z gildii a raczej cała nasza gildia zostawiała burdel w każdym miejscu w jakim przyszło im i mi pić, oczywiście nie w pełni znaczeniu tego szlachetnego dobytku lecz bardziej chodziło mi o nieład, połamane blaty, krzesła, rozbite okna lub pożary dachów. Co prawda dach mojego domu nie został strawiony przez ogień lecz było to tylko kwestią czasu… Po przekroczeniu progu mojego domu, każdego gościa witał przedpokój gdzie zostawiano odzienie, buty,zapasy, przesyłki i tak dalej. Tym razem zastałem zasmolone drewniane panele i zwierzęcą sierść przylepioną do podłogi, zaledwie kilka metrów dalej salon z ogromnym długim stołem sprowadzonym z Mortazu wyglądał gorzej niż stoły w karczmie Graga, nie muszę chyba tłumaczyć, że regały na, który stały moje “białe kruki”, które zebrałem przez te wszystkie lata były całkowicie zdewastowana a same moje ptaszyny zapleśniałe.
    Postanowiłem, że oszczędzę wam dalszego opisu mojego zdewastowanego parteru tylko dlatego iż, na moim stole spod w pozycji pół leżącej, prawdopodobnie dogorywał Pan Misiokist. Powoli podszedłem i usiadłem naprzeciwko niego, oparłem łokcie o lepiący stół i lekko się nad nich nachyliłem.
    - Chyba nie oddycha.- Stwierdził Kuro gdy wylądował pomiędzy mną a pół trupem.
    - Wyjaśnisz mi to? - Zapytałem ze stoickim spokojem wpatrując się w “przyjaciela”, lecz raczej nie zamierzał odpowiadać.
    Kątem prawego oka zauważyłem, że ktoś stoi w oparty o wejście do salonu od strony strony schodów prowadzących na piętro. - Sądzisz, że w tym stanie Ci odpowie? Hakim leży gdzieś w domu.- Oznajmiła postać kierująca się w stronę Miśka.
    - Ciebie też się nie spodziewałem. - Oznajmiłem zaskoczony. - Kiedy wróciłeś do Nosville? - Zapytałem lecz mężczyzna o blond włosach ubrany w szaty arcymaga z elementami pancerza Inkwizytora Świętego Officium postanowił, że wpierw zasiądzie obok Miśka bez krzty obrzydzenia.
    - Nasze losy krzyżują się znowu Lelusz. - Stwierdził mag zakładając prawą nogę na lewą i opierając się o umierającego Miśka. - Ścigają Cię? - Zapytałem.
    - Odkąd nie ma tu Officium dostałem rozkaz czuwać nad Nosville, uwierz mi nie wiesz jak starałem się dostać ten rozkaz.- Powiedział wskazując na mnie pouczająco palcem lewej ręki.
    - Rody?- Zapytałem wpatrując się w towarzysza. - Rody. - Kiwnął do tego głową.
    - Może Ty Adolaksie wyjaśnisz mi co tu się do Morcosa stało? - Zapytałem, zmieniając kierunek wzroku na Miśka do którego prawdopodobnie zaczęły dochodzić bodźce zewnętrzne.
    - Byliśmy wczoraj wieczorem u Graga. Na wieść, że wróciłeś tak się schlali z Hakimem, Malcolmem z resztą z Gragiem też. Przecież widziałeś co zastało parter w karczmie? - Dokończył pytaniem i zaczął z ciekawości mi się przyglądać.
    - Wyskoczyłem przez okno, Grag nie wypuściłby mnie bez śniadania a czas goni. - Odpowiedziałem.
    - Gdyby Mimi wczoraj nie weszła do karczmy zapewne leżałbym teraz jak on. - Kiwnął głową w kierunku Miśka.
    - Mimi była wczoraj u Graga? - Zapytał Kuro wskakując na głowę Miśka.- A niech mnie myślałem, że Dynia jest twoim chowańcem. - Powiedział z zaskoczeniem. - Znalazłem Kuro jakieś trzy lata temu gdy był jeszcze jajem. - Odpowiedziałem głaszcząc Kuro po łepetynie.
    - No cóż, muszę przyznać Lelu, że nadal w stolicy jesteś wręcz legendą jeśli chodzi o bardów. - Powiedział z uśmiechem.
    - Młody władca lodu, wędrujący po ziemiach imperium zwalcza zło i herezje w imię najświętszego imperium. - Machnął ręką jakby chciał poprawić togę jaką noszą urzędnicy.
    - Kto powiedział, że w imię imperium? - Zapytałem. - A to już ogłaszają te plugawe robale z Inkwizycji. - Odparł.
    - Adolaksie przecież Ty służysz Officium. - Przypomniałem towarzyszowi. - Dział badawczy stanowi od niedawna odrębną i niezależną instytucję. Jak plugawi mordercy kobiet i dzieci mogą służyć w oddziałach Inkwizycji? - Zapytał a na jego twarzy zawitało obrzydzenie.
    - Imperator zmiękł gdy dowiedział się o Auguście Steelu? - Zapytałem wpatrując się w nadchodzącą reakcje.
    - Bardziej tym, że Lelusz von Mavis włada mocą mogąca zanegować magię, Żelazna Dziewica poszła na dno, Inkwizytor Najświętszego Officium zdradził oraz, że niejaki mag grawitacji…-
    - Virgil Lancelot. - Dokończyłem przerywając. - Okazał się największym wrogiem całego Imperium od pierwsza dnia jego istnienia. - Założył ręce na pierś.
    - Ado. - Nachyliłem się jeszcze bardziej na stole by spojrzeć w oczy przyjaciela. - Jeżeli wiesz coś o tym gdzie może być Virgil…- Przerwałem przed końcem, pozwoliłem by resztę mógł sobie dopowiedzieć.
    - Luna odmówiła. - Spojrzał na Miśka, po chwili ciszy zrobiłem to samo i ponownie zwróciłem się do kompana.
    - Posłuchaj, wszystko co do tej pory odkryliśmy miało nam tylko i wyłącznie zamydlić oczy, prawdziwym kluczem do rozwiązania planów Virgila jest sam August Steel, on wie gdzie go znaleźć a wraz z nim odnajdziemy…- Nim zdążyłem dokończyć poprawił się na krześle rzucając we mnie ostrym spojrzeniem. - Znajdziemy co? - Zapytał kamiennym tonem, cały czas wpatrując się podejrzliwie.
    - Nie wiem do końca jak to wytłumaczyć lecz Virgil szuka czegoś czym będzie mógł kontrolować całe hordy istot o jakich nie śniliśmy i to tylko przy pomocy własnej woli.
    - Mówisz wiesz, że istnieje tak potężny artefakt, który zmiecie mury obecnego świata? - To nie jest artefakt, to jest jakby czar, który nie jest czarem, nie znajdziesz jego formuły, runy, znaku, kręgu na żadnym znanym pergaminie. - Po tych słowach Adolaks oparł się o oparcie drewnianego krzesła i wybrał minę mocno zdegustowanego człowieka. - Mówisz, że istnieje coś co nie jest ani artefaktem ani zaklęciem a może nas zniszczyć a Inkwizycja nic o tym nie wie? - Zapytał pokazując we mnie środkowym palcem, niczym rodzic dający dziecku ostatnią szansę na poprawę zanim spotka go kara, niezależnie od jej sprawiedliwości.
    - Nie zwariowałem Ado, to jest tak jakby ta moc siedziała w kim tak jak księgozbiór znajduje się w głowie Luny.
    - I sądzisz, że Luna wie coś o tym? - Zapytał, cały czas przyglądając się mi uważnie tak jakby próbował dojrzeć najmniejsze drgnięcie co potwierdziłoby jego założenia, że kłamię. - Trzy lata temu Virgilowi udało się dostać do księgozbioru, przypłacił to pierwszym życiem, nie wiem co takiego tam przeczytam lecz rok po tym pojawiły się Widmowe Falę, w trakcie tamtego roku August Steel zginął trzy razy z mojej ręki przy czym został rozerwany na strzępy a jednak żyje, gdy zabiłem Virgila w wymiarze [D4C] jego lewy bok został rozerwany na strzępy ,a mimo to widziałem jak, kości, ścięgna, mięśnie, skóra odnawiają się w ubytku. Tego nie potrafi nawet obecna Nekromancja i dobrze o tym wiesz! - Krzyknąłem, kończąc swój wywód. Nie powiem, że obecna “rozmowa” o ile nie nazwać tego przesłuchaniem mnie denerwowała.
    - Mówi o koordynacje…- Wygadał pod nosem Misiek, który najwyraźniej przysłuchiwał się całej rozmowie i tylko czekał na odpowiedni moment by wtrącić potwierdzenie, że nie zwariowałem.
    - Koordynat? - Zapytał Miśka, który ten rozglądał się na kuflem po stole.- Legendy w naszym świecie drogi przyjacielu nigdy nimi nie były.

  • W każdej historii jest ziarno prawdy


    >Widok zaskoczonego członka świętego Officium był rzeczą niespotykaną nawet dla mnie, człowieka, który w trakcie swych podróży po najdalszych krainach znanego nam świata, spotykając na swej drodze strzygi, spaczone drzewce aż po demony i upiornych lordów, widok wytrzeszczonych oczu. Nie zrozumcie mnie także źle moi mili, członkowie Officium to także ludzie, w większości podli, okrutni, zasłaniający swe podłe czyny prawem jakie dostali od Boga to niszczenia plugawego demonicznego pomiotu… Ale nadal należą oni do gatunku ludzkiego, a zatem ich też można zaskoczyć.
    >Co prawda ów zaskoczenie wiązało się z odnalezieniem podziemnych korytarzy prowadzących do świątyń gdzie wieśniacy czcili swoich “bogów”. Nie muszę chyba mówić, że zwykły Satyr mógł zostać “bogiem” jeżeli udało mu się uzdrowić chorobę, której nie mógł uleczyć wioskowy znachor, lecz pod tytułem boga kryły się także upiorni lordowie, demony.
    Niegdyś w wioskach obok Nosville wieśniacy czcili Pyłowego Króla, ale to już inna historia.
    - Mówicie więc, że istnieje coś… O czym Officium nie wie? - Zapytał, wodząc oczami po naszej trójce.
    - Mówimy, że to co nas czeka przekracza możliwości całej armii Imperium, jeżeli nie powstrzymamy Virgila! - Oznajmiłem uderzając pięścią w stół, co prawda rozmowa ta zaczęła mnie irytować lecz sam gest miał bardziej przekonać Adolaksa, że sprawa jest najwyższej możliwej rangi.
    - No dobrze… - Spojrzał z grymasem. - Jak doszedłeś do istnienia takiej “mocy”?
    - Sny…- Odrzekłem wodząc po stole wzrokiem. - Sny? - Odparł zaciekawiony lekko unosząc podbródek.
    - Ado, wiesz, że jego dusza jest połączona z Lucasem. Tak samo jak dusza Hakima z Żelaznym Wojownikiem, sam zresztą połączyłeś się dawno temu z krzyżowcem. Nie miałeś snów? - Zakończył Misiek wpatrując się w twarz Adolaksa.
    - Wiesz co się stało w Lodowej Komnacie…Ostatnie słowa jakie powiedział Lucas chwilę przed śmiercią to to...Że moc musi zostać przekazana. Chodziło mu o moc Lodowego Maga i dobrze wiesz do czego zmierzam. - Wskazałem na niego palcem. Sam nie wiedziałem czy mój przyjaciel nie chce przyznać nam racji bo wie, że ją mamy lub po prostu Inkwizytorski nawyk, przyznać cywilowi rację.
    - Masz także duszę Rexa Vulcana a użyłeś jego mocy zaledwie dwa razy…- Gwałtownie na mnie spojrzał.
    - Moc Rexa kilkaset razy przekracza Twoją maksymalną moc i większości arcymagów! - Dodał zagniewany.
    - Przestań! - Krzyknął Kuro, zionąć ogniem między naszymi twarzami, co prawda przerwał kłótnie lecz to tylko rozwścieczyło Adolaksa. - Nie wiem co was łączyło wcześniej.- Zwrócił się do Adolaksa.
    - Ale Lelu ma racje, Koordynat jest przekazywany tak samo jak wasze moce. - Dodał Kuro, podchodząc na czterech łapach naprzeciw Adolaksa. Czasami się zastanawiam jak wyglądałyby niektóre rozmowy bez mojego smoczego towarzysza, który każdą kłótnie może rozwiązać swoimi gigantycznymi zielonymi oczami. Za to wiem, że prawdopodobnie gniłbym teraz w więzieniu gdyby Dynia cały czas była moim chowańcem.
    - Czym jest ten koordynat? - Zapytał Adolaks po czym na jego twarzy zawitał uśmiech i pogłaskał Kuro po łuskowatej czarnej głowie.
    - Chcesz pełną wersję czy skróconą? - Zapytał Misiek podpierać się jedną ręką o stół, po czym Ado kiwnął głową w moim kierunku. Wziąłem głęboki wdech, którzy przytrzymałem w płucach mimo unoszącego się zapachu podłego rozlanego alkoholu.
    - Moje podejrzenia zaczynają się od Ymira Wielkiego, pierwszego i ostatniego władcy Lodowych Tytanów…- To legenda sprzed kilku er! - Krzyknął otwierając dłoń Adolaks.
    - Ymir posiadał wielką moc w przeciwieństwie do reszty Tytanów. Z tym wyjątkiem, że…- Tytani chcieli zawładnąć ziemią i wszystkim co żyje..- Dodał oburzony.
    - Jest wiele nieścisłości lecz wiem, że Ymir posiadał moc koordynatu, którym to rozkazał większości tytanów i swoim braciom wzajemną walkę, by Ci mogli pozabijać.
    - Cholera wierzysz w to?! Tą bajkę opowiadała nam twoja siostra lata temu! - Ponownie przerwał. - Sądzisz, że jakaś legenda jest w stanie nam zagrozić? Bardziej martwiłbym się Albionem niż bajkami o olbrzymach i jakiś ludziorobakach z Mortazu…
    - Jesteś Inkwizytorem i wiesz, że ludzie zaczęli używać magii dawno temu lecz ona też się skądś pojawiła. Znasz teorie odnośnie pojawienia się magicznych istot jak i naszej magii w tym świecie. - Dodałem kierując otwarte dłonie w stronę kompana. Gdy ten już zamilkł rozpocząłem ponowne opowiadanie.
    - Nie wiem skąd i od kogo Ymir miał taką moc lecz gdy przybył samotny do tego świata, dowiedział się, że tutaj także może użyć koordynatu na…- Demonach, upiornych lordach, reszcie tytanów z naszego świata, smokach, umarłych życiach. - Dodał Kuro uroczo spoglądając na Adolaksa.
    - Ymir uwięził te istoty lud wygnał z naszego świata lecz mimo, iż jego czyn był prawdziwie bohaterski ratując miliony istnień w naszym świecie, martwił się, że wraz z jego śmiercią Ci więźniowie powrócą do naszego świata i będą chcieli się zemścić i dlatego przekazał moc człowiekowi, któremu najbardziej ufał by ten trzymał w ryzach upadłych i wraz z końcem swojego życia przekazał moc dalej.
    Zapadła chwila ciszy, w której trakcie wpatrywałem się w twarz Adolaksa, który martwym wzrokiem patrzył na mojego chowańca. Misiek też nic nie mówił, nie wiem skąd wiedział o mocy Ymira ale o tym planowałem pomówić z nim później.
    - Kiedy dostałem zaszczytu wstąpienia do naczelnej rady badawczej Świętego Officium. - Zaczął. - Przekazałem swoją moc Krzyżowca, lecz zachowałem to co udało mi się osiągnąć dzięki jego mocy.- Uniósł oczy na moją twarz.
    - Od kogo mieli dar Ci ludzie, od których my mamy? - Zapytał, po czym ponownie spojrzał na stół.
    - Prawdopodobnie Ymir oddał Pierwszemu tylko moc Koordynatu, innym istotą oddał resztki swych mocy by Ci przekazywali je dalej. Nie wiem czy nasze moce pochodzą od Ymira bo sama magia już tu była, księgi kłamią. - Stwierdziłem stanowczo opierając się o oparcie i zakładając ręce na piersi.
    - No tu już jakoś brzmi. - Odparł po chwili ciszy.
    - Widmowe falę prawdopodobnie były mocami pochodzącymi od Ymira, które odziedziczyliśmy w drodze dziedziczenia po przodkach ale moce były na tyle słabe, że kiedy Kamień Oceaniczny został zniszczony nasze falę zniknęły.
    - Czego właściwie może szukać Virgil? - Zapytał Adolaks unosząc się z krzesła.
    - Szuka reszty wszechwiedzących by Ci doprowadzili go samego początku rodu Ymira.
    - W ten sposób od Pierwszego idąc w górę drzewa znajdzie obecnego posiadacza koordynatu. - Powiedział, Adolaks opierając dłonie na stole.
    - Wtedy uwolni tych, których widzieliśmy w Szafirowej Krainie, Upiorni Lordowie znów powstaną z lodowych więzień wraz z Morgothem. - Dodałem wstając.
    Zapadła...chwila ciszy, w zależności czy przekonałem Adolaksa mogłem liczyć na jeszcze jednego sprzymierzeńca.
    Lecz mimo łączącej nas przyjaźni nadal był członkiem Officium, mimo, że nie podlegał ścisłym zasadom to cały czas ślubował wykonywać swoje obowiązki jako badacza rady. Chwilowa odmowa Luny wiązała się z poważnymi utrudnieniami, bez możliwości zaryzykowania wejścia w jej umysł powodowała, że mój trop urywał się w tym miejscu. Bez jej pomocy nie będziemy mogli namierzyć Virgila lub reszty wszechwiedzących. Dodatkowo martwił mnie fakt, że Virgil może w każdej chwili odwiedzić Lunę i zbadać resztę księgozbioru, mój powrót do miasta dodatkowo potęgował to zmartwienie.
    - Heh…- Westchnął Ado. - Widziałem tyle dziwacznych i przerażających rzeczy w tej gildii, że Inkwizycja wygląda jak bajki dla dzieci. - Uniósł głowę. - Macie moje poparcie. - Dodał.
    - No to super. - Nagle odezwał się Misiek podnosząc się z krzesła. - Dogadaliśmy się to teraz chodźcie po Hakima.
    - Jak to po Hakima? Musimy umówić szczegóły. - Odparłem zaskoczony, Misiek potrafił niespodziewanie zmienić temat rozmowy.
    - No leży od wczoraj w piwnicy, we dwójkę nie da rady go postawić na nogi, ale, że jesteś w dobrej formie to może się uda.
    - A co on robi w mojej piwnicy?! - Zapytałem lekko rozgniewany.
    - Lepiej żebyś nie wiedział, im mniej wiesz tym lepiej śpisz. - Dodał na koniec Adolaks, po czym otarł twarz ręką i poszedł pierwszy w stronę piwnicy.

  • Wszystko zostaje w … gildii

    >W trakcie wszystkich moim podróży jeszcze nigdy nie przytrafiło mi się tak wycieńczające zadanie jakim było zawleczenie pijanego Hakima do karczmy. Możecie wierzyć lub nie lecz transport tej góry mięśni wraz z całym wyposażeniem jakie nosił do karczmy Graga zajęło nam około dwóch godzin spędzonych na straszliwym mrozie.
    Oprócz odmrożonych palców, Misiek został 3 razy przygnieciony przez Hakima, ciężko mi opisać dalsze dolegliwości gdyż ciężko wywnioskować jakich obrażeń doznał Misiek a stwierdzenie “Ała” daje zbyt ogólny opis urazu. Wystarczy, że na koniec dodam iż nie śpieszyło nam się z wyciąganiem Miśka, co prawda siedzi teraz naburmuszony ale najwyraźniej piwo z miodem działa kojąco na popękane kości.
    - Nadal się gniewasz? - Zapytałem, kładąc przed nim kufel z miodem, który mu kupiłem w wyrazie przeprosin, po czym zasiadłem do stołu. - Zapamiętam to. - Odparł naburmuszony, po czym uniósł kufel na wysokość pękniętej wargi i zaczął pić duszkiem.
    - Rozwalacie tą karczmę przynajmniej raz w tygodniu z gorszymi obrażeniami, także…- Nim dokończyłem, Misiek cisnął kuflem w głowę Hakima, która leżała na ladzie. Żeby bardziej wam opisać to zdarzenie, wyobraźcie sobie twarz Hakima, dla tych co zapomnieli jak wygląda Hakim Route sięgnijcie pamięcią do wyglądu ducha Żelaznego Wojownika, przyjaciela Czerwonego Magika.
    O dziwo Hakim i Żelazny Wojownik wyglądali jak bracia bliźniacy, gdyby nie różnica dwóch wieków prawdopodobnie żyli by w jednej jaskini.
    Lecz wracając, wyobraźcie sobie tą twarz wojownika, pogromcy legionów, która w tym momencie wyglądała jak twarz bobasa, zadowolonego z posiłku.
    A teraz wyobraźcie sobie jak z pełnym impetem w twarz Hakima uderza kufel, który roztrzaskuje się pod wpływem siły Miśka, jednocześnie obrywając przez Kufel jak i pięść swojego właściciela.
    - Tobie też to zapamiętam! - Krzyknął na Hakima. - Nie przesadzaj Misiek, wczoraj pobiliście Toma. - Odparł Ado, siadając koło mnie. - Zasłużył sobie! - Odparł wskazując palcem na Adolaksa.
    - Pobiliście Toma? - Spojrzałem z zaskoczeniem na agresora. - Naprawdę nie wiem jak to mogłeś wszystko przestać.- Stwierdził Kuro kładąc się koło kufla, który trzymałem na stole.
    - Powiedzmy, że nie chce wiedzieć. - Stwierdziłem sięgając po kufel gdy...nagle…- A powinieneś!!- Wykrzyczał Hakim, gwałtownie odchylając się w tył i wymachując rękoma na boki jakby próbował się przeciągnąć po zaprawdę wybornej drzemce. Co prawda, tymi ruchami strącił na ziemię dwójkę ludzi siedzących koło niego z czego jedną z tych osób był Misiek. - Hakim nie…- Dodał Ado, który ocierał twarz dłonią w tak delikatny sposób jakby sama myśl o wczorajszych wydarzeniach powodowała migrenę.
    - Co z tego, że ma tam tytuł lorda czy innego hrabiego jak to zwykły cham i prostak. Kim on jest żeby nas oceniać! - Wstał.
    - Heeh…- Ziewnął Kuro po czym ułożył przed sobą łapki i między nimi ułożył głowę i zamknął powieki, mimo iż bardziej zachowanie mojego chowańca zwróciło bardziej moją uwagę to wiadomość, że “jakiś” “lord”, “jakiś” “hrabia” oraz “cham” i “prostak” sprawiły, że po moich plecach przeszedł zimny dreszcz.
    - Wy chyba nie…! - Krzyknąłem lecz Ado złapał mnie za prawe ramię po czym kiwnął na potwierdzenie moich domysłów.
    - Ale to nie oni zaczęli mistrzu. - Powiedział Grag, stawiając kolejne kufle z piwem i chleb z czosnkiem. - A kto? - Odwróciłem się przez prawe ramię wpatrując się wpierw w goły bebech a następnie nieco wyżej rudawego wielkiego wąsa.
    - No Cuarry czy jak temu co żeście mistrzu zamek zdetonowali zeszłej zimy. - Dodał, po czym odszedł.
    - Czy żyje? - Odparłem znerwicowany podpierając głowę lewą ręką, po czym wziął duży łyk piwa.
    - Żyje, dostał trochę od nas ale i nie tylko od nas bo Tom mu jeszcze zasadził kopa w plecy jak wychodził. - Oznajmił Misiek, który próbował resztkami sił usiąść na ławie.
    - Chłopaki…- Zakryłem twarz dłońmi z zażenowania. - A przepraszam bardzo! - Krzyknął natychmiast w moim kierunku Żelazny towarzysz. - Ty chyba zapomniałeś kim my jesteśmy. - Po czym wskazał czerwony znak wróżki z ogonem na swoim lewym ramieniu, po czym zamilkłem na chwilę.
    - Wszędzie gdzie się nie pojawiliśmy ludzie bawili się z nami, cała północ, południe, wschód, zachód, cały znany świat z nami pił, a Ty dąsasz się i chcesz strzelić nam wykład o odpowiedzialności? Lelusz no proszę Cię. - Dokończył Hakim.
    - A poza tym to wy zawsze z Ty, Misiek, Ado i Rodi zaczynał!- Krzyknął jeszcze. - Sam zaczynałeś z Miśkiem! - Odkrzyknął Ado...lecz raczej nie ze złości, że została wspomniana jego niechybnie “parszywa” przeszłość w naszej wyklętej gildii. Adolaks za sprawą swej wiedzy odnośnie magii światłości został przyjęty w szeregi Świętego Officium, podobnie jak Vera i Rody, ale Ado nie powiedział tego w złości, raczej tylko po to aby najzwyczajniej w świecie znów wkurzyć Hakima jak za dawnych lat.
    - I tak najlepiej wspominam picie w Mieście Orła! - Krzyknął Hakim po czym Misiek uderzył go w kolano swoją lufą. - Ani waż się o tym wspominać. - Dodał Misiek kładąc palec wskazujący na spuście.
    - Cynthia? - Zapytałem, uśmiechnięty. - Cynthia. - Odparł Hakim kładać z rozmachem prawą nogę na blacie stołu, najwyraźniej Miśkowi nie spodobała się moja ingerencja w to jakże śmieszne wspomnienie. Otóż gdy parę lat temu dostaliśmy zlecenie na upolowanie Diablosa na Pustyni Mortaz. Moja siostra Leyla zorganizowała dla nas w Mieście Orła wieczór w karczmie gdzie piliśmy na jej koszt. Zakończenie tej historii ale trzeba przyznać, że trunki z pustyni w tak upalne dni jak wtedy wchodziły jakoś lepiej a fakt, że moja siostra cieszyła się rolą zarządcy miasta także za jej pensję udało się pokryć straty. Ale nie teraz o tym jak zniszczyliśmy prawie cały plac główny gdy Hakim postanowił użyć trzęsienia na pomniku, który go rzekomo “śmiał obrazić” ale o pewną kruchą dziewczynę o niebieskich włosach, która tak zawróciła w głowie Miśka, że…
    - Za to Hakima znaleźliśmy trzy dni drogi od miasta i to jeszcze przypadkowo. - Nagle od strony drzwi rozległ się znajomy kobiecy głos. I nie myliłem się moi drodzy, zresztą jak zawsze. W progu karczmy ujrzałem dobrze znaną mi kobietę o krótki kasztanowych włosach, fiołkowych oczach i małych czerwonych usteczkach. Niestety muszę wam oszczędzić dalszego fantazyjnego opisuje tej boskiej sylwetki dla której niejeden król posłałby swą armię na zgubę, nie ze względu na fakt, że byłby bym bardzo perwersyjny ale dlatego, że kobiece ciało było zakryte krótką Inkwizytorską tuniką z wyraźnie zdobionym dekoltem oraz krótką spódniczką koloru czerwonego. Całą resztę zakrywała śnieżna peleryna oraz elementy lekkiego pancerza z mrocznej stali.
    - Vera maleńka! - Krzyknął Grag unosząc ją jak małą dziewczynkę gdy tylko podeszła do naszego stolika. - Dobrze, że was tam karmią w tej stolicy? - Zapytał zatroskany wielkolud odstawiając na ziemię dziewczynę.
    - I tak doskonale wiesz, że nic nie smakuje tak dobrze, jak jedzenie w twojej karczmie. - Odparła dziewczyna po czym zasiadła po mojej lewej stronie. - Vera! - Nagle zerwał się Kuro, który skoczył na kolana Very.
    - Vera przecież miałaś być…- Zaczął Adolaks lecz musiałem mu natychmiast przerwać by zadać bardzo ważne pytanie,od którego odpowiedź zależała nasza dalsza misja.
    - Rodiego nie ma w mieście. - Odparła, spoglądając na mnie fiołkowymi oczami. Nie powiem moi mili, że Vera była kobietą o pięknej twarzy a jak na przypadło Arcymaga Lodu ale tym bardziej, że te fiołkowe oczy wybrały właśnie patrzenie na mnie, moja twarz lekko się zarumieniła. Czasami zastanawiałem się która z nich…
    - Jak to Rodiego nie ma? - Zapytał Hakim, który leniwie usiadł na ławie. - Co Hakim? - Zapytała.
    - Że od razu baba to jestem gorsza do picia? - Odparła rzucając złowrogie spojrzenie na Hakima. - Pamiętasz jak zdemolowaliśmy Biały Dwór? - Dodała.
    - Chyba żartujesz?! Hakim do tej pory jest tam ścigany listem gończym za zdewastowanie całej okolicy. - Dodał Misiek.
    - Wszyscy zdewastowaliśmy…- Dodał zakrywając twarz z żenady. - Warto było. - Odparła Vera, która popchnęła mnie leciutko swoim ramieniem, tak jakby chciała mnie pocieszyć.
    - Naprawdę nie ma w mieście Rodiego? - Zapytałem ponownie, w celu ustalenia ostatecznego położenia naszego arcywroga. - Zostawiasz nas ledwo żywych, znikasz na rok, nie wspomnę o tym, że uratowałam wam tyłko na Wyspie Przemysłowej, a Ty! - Wskazała na mnie zabandażowanym palcem. - Nawet nie zapytasz co u mnie. - Dodała, przybierając minę naburmuszonej dziewczynki.
    - Za dużo ma zmartwień, kupiliśmy jego dom, znów cały rok błąkał się bez celu no i chowa się przed Mimi. - Powiedział Hakim waląc pustym kuflem w stół. Nie musiałem czekać ani chwili dłużej po wypowiedzeniu ostatnich słów Hakima gdy poczułem, że Vera zbliżyła się blisko, podparła głowę lewą ręką, która oparła o stół i lekko ją przekręciła przy okazji rzucając we mnie swoim uwodzicielskim fiołkowym spojrzeniem.
    - Nadal nie możesz się zdecydować? - Po tym pytaniu zapadła cisza przy naszym stolę. Nie muszę dodawać, że twarze reszty kamratów lekko się zaczerwieniły lecz zapewniam was moi mili, że nie było to spowodowane sprośnymi myślami ale za to było spowodowane przez dławiący śmiech, który zaraz rozbrzmiał w karczmie niczym wybuch po tej chwili ciszy, w porównaniu do nich… moja twarz przybrała barwę ostrej czerwieni.
    - Ukrywa się przed Mimi…- Rzekł Adolaks, który najwcześniej powstrzymał śmiech.
    - Myślałam, że dręczy Cię myśl, którą z nas wybrać. - Twarz Very wyraźnie posmutniała a wzrok skierowała na Kuro, który ganiał swój ogon po stole.
    - Rozwalił pół Nosville, wraca po roku i się dziwi, że Mimi zlicytowała jego dom by pokryć szkody a i tak nie wystarczyło. - Oznajmił Misiek, którego rany w cudowny sposób zniknęły.
    - Przepraszam bardzo jak to nie starczyło?! - Zapytałem oburzony. - Gdy przeliczyłem sobie wszystkie wydatki na ten dom to był on wart więcej niż Kościany Galeon! Jak to brakło?! - Dodałem
    - Wartość domu spadła bo zamieszkaliśmy tam jeszcze przed licytacją. - Dodał łagodnym i potulnym głosem Misiek.

  • Cisza jest lodem

    >Niewątpliwie przez te wszystkie lata życia z moją chaotyczną gildie upodobałem sobie chwile ciszy, kiedy mogłem odpocząć od zgiełku rozrób w karczmach, wybuchów, pijackim zaczepek, walk na śmierć i życie oraz zleceń. Ten wspaniały moment gdy siadasz w wygodnym fotelu, kładziesz głowę na oparciu, zamykasz oczy i jedyne co się otacza to cisza. Odcinasz się od obecnego świata i zamykasz w swoim wyimaginowanym świecie, nienaruszalnej bańce, pełnej rozkosznej ciszy. Oczywiście gorzej jest jeżeli zamknięcie się w takiej bańce podczas rozmowy na niekomfortowe, wstydliwe tematy.
    Bowiem ludzie mawiają przecież, że cisza jest złotem i oczywiście mają w tym razie lecz ludzie często i przesadnie interpretują ciszę jako potwierdzenie swoich przekonań. Uznają bowiem, że tym jedynym pytaniem udało im się wyciągnąć wszelkie informacje.
    Możecie uważać moi drodzy, że przesadzam ale tak właśnie postępowali prości ludzie tacy jak ja i moja gildia.
    Kiedy to przez dłuższą chwilę milczenia po pytaniu Very najwyraźniej dałem jej do zrozumienia, iż faktycznie mam problem, bowiem przez następną godzinę próbowała rozmówić się ze mną i nakłonić do niecnych rzeczy.
    Oczywiście chodziło o pokazanie swojego męstwa i udanie się na rozmowę z Mimi, nie wiem jak mogliście sądzić moi mili, że położyłbym swoje plugawe ręce arcymaga na ciele...pięknej przedstawicielce Świętego Officium, która “gardzi” takimi jak ja. Nawet jakbym bardzo chciał położyć tam swoje ręce… Zapewniam, że nie zrobiłbym tego. Ale różnie to już w tym życiu bywa.
    - Dlatego za...aaraz wstaniesz i pójdzie...sz tam! - Oznajmił Hakim, odstawiając kolejny kufel piwa.
    - Daj se spokój, jesz….cze nas w to wcią…- Beknął Adolaks, kiwając głową pochyloną nad stołem.
    - Lelu chyba starczy na dzisiaj. - Oznajmił Kuro, wpatrując się we wściekłego Hakima. - A on gdzie? - Zapytałem.
    - Nie dokończyli z Tooo...mem. - Dodał Ado, wkładając sobie do ust kawałek gorącej pieczeni. - Heeh.
    Po krótkiej chwili zawrotów głowy spowodowanych nadmierną ilością złotego trunku, zauważyłem, że nie ma z nami Miśka a hałas dobiegający za moimi plecami najprawdopodobniej był wywołany przez Hakima, który zaczął rzucać stołkami po karczmie. Niestety przekorny los ukarał mnie za tą ciekawość bo w chwili kiedy chciałem spojrzeć przez swoje lewe ramię by być pewnym, że Hakim rzuca stołkami a nie wymachuje swoim ponad dwustu kilogramowym ostrzem natrafiłem po drodzę na te...fiołkowe oczy, lekko podpite.
    - Taak? - Zapytałem po chwili towarzyszkę, która najwyraźniej dłuższy czas wpatrywała się we mnie.
    - Lelusz…- Odparła, przy okazji zbaczając twarzą na Hakima, który kolejny raz demolował karczmę. Po krótkiej chwili ciszy dokończyła. - Ile to jeszcze będzie trwać?
    - Trwać co? - Odparłem natychmiast lecz jej odpowiedź była ponowiona przez ciszę. - Dobrze wiesz o czym mówię. - Odparła delikatnym smutnym głosem.
    “Wiesz o czym mówię” to stwierdzenie padające z ust kobiety jest dla nas niczym gwóźdź do trumny. Może nie gwóźdź ale jak gilotyna. “Zła” odpowiedź na to pytanie mogła spowodować nieodwracalną w skutkach tragedię. Najwięksi mędrcy tego świata po wnikliwych analizach nigdy nie mogli powiązać ze sobą takich parametrów jak czas, humor, stan emocjonalny i podobne cechy charakteru, które mogły dać potencjalny ratunek lecz nie udało im się to. Tym, którym cudem udało się odpowiedzieć poprawnie i ich kat okazał łaskę mieli szansę na powrót do dawnego życia lecz nie na długo…
    - Ile jeszcze będziemy się spotykać u Graga? Kiedy ta wojna się skończy, kiedy odbudujemy gildię, kiedy chłopaki znajdą w końcu swoje miejsce na ziemi,czy jeszcze kiedyś wszyscy razem się spotkamy, kiedy my…- Przerwała. - Która z nas będzie stała u twego boku. - Dokończyła po czym ponownie spojrzała w moim kierunku a ja momentalnie spojrzałem na kufel, który trzymałem w prawej ręce.
    - Czas leci… Pewnie znów wydarzy się coś wielkiego a Ty znikniesz. - Po tych słowach ujeła moją lewą dłoń swoją prawą.
    - Albo na rok albo na zawsze. - Dokończyła. W całym tych rumorze przeplatanym z latającymi krzesłami nad naszymi głowami. Nasza rozmowa wyglądała tak jakbyśmy siedzieli oboje przy kominku w małym przytulnym pokoiku wypełnionym książkami i jednym małym okienkiem zza którego dobiega światło księżyca odbite od śniegu. Zupełnie sami, w zupełnej ciszy.
    - Vera ja…- Położyła drugą dłoń na mojej lewej po czym mocniej zacisnęła. - Tylko nie wygłaszaj mi tu ckliwych poematów lub nic nie mów o swoim wielkim zadaniu. - Przerwała. - Zabierzmy wszystko, opuśćmy NosVille razem i ucieknijmy daleko stąd. Możemy nawet wziąć Miśka.- Dokończyła. Naprawdę w całym tym wydarzeniu w którym Vera próbowała wyznać mi swoje uczucia po tym jak naglę się tu pojawiła zastanawiało mnie czemu mamy wziąć ze sobą Miśka.
    - A co z Hakimem, Adolaksem, Gragiem, Dynią, Rodim, Willu, mieszkańcami NosVille, co z Mimi? - Odparłem.
    - Lelu, proszę nie udawaj. - Spojrzałem w jej kierunku gdy pochyliła w dół głowę a brązowe włosy zasłoniły twarz.
    - Ile razy była przez Ciebie w zagrożeniu, w zeszłym roku została oficjalnie skazana na egzekucje przez Augusta Steela, wiesz, że została skazana niesłusznie przez to, że Inkwizycja wiedziała, że jesteście blisko… A mimo to…- Ciągnęła jeszcze dalej...a ja, po jej słowach, zaniemówiłem, lecz nie wiedziałem czy absurd słów jakimi próbowała mnie przekonać...Nie, te słowa nie było absurdem. To były słowa prawdy, którą znałem w środku serca lecz nigdy o niej nie pomyślałem, a raczej nigdy o tym nie pomyślałem w taki sposób. Czasami rzeczywisty stan naszych myśli oraz przekonań musi skonfrontować się z ludzkim głosem innej osoby. Te same słowa wypowiedziane przez Verę dopiero wtedy nabrały pełnego zrozumienia i mimo iż te prawda była mi znana...to, wyciągnięta, z samego dna, bolała.
    - Nie chcę... nikogo już stracić. - Powiedziała, bardzo, smutnym, łamanym głosem. Kuro podszedł do jej bandaży na prawej ręce i zaczął je trącać delikatnie pyszczkiem. - Vera. - Dodał Kuro.
    - Też nie chce już nikogo stracić. - Odparłem. - Lecz póki Virgil żyje nie mogę odpuścić, ten …- Nagle ścisnęła moją dłoń mocniej. A ja spojrzałem w jej fiołkowe oczy lecz to nie one zwróciły moją uwagę lecz unoszące się w bezruchu ciało Miśka. Obejrzałem się dalej i ku mojemu zdziwieniu wszyscy zatrzymali się w jednej zastygłej pozie tak samo jako w momencie gdy Widmowa Fala Leyli zatrzymała czas w tamtym momencie lecz to było niemożliwe. Widmowe fale zniknęły dlatego zatrzyma…
    - Marnujesz czas chłopcze. - Gwałtownie odwróciłem wzrok przed siebie i ujrzałem siedzącą postać o białych włosach i czerwonych żarzących się oczach.
    - Ty jesteś! - Po chwili konsternacji i zdziwienia dokończyłem. - Vulcanus Rex.
    - Przekazałem Ci moją moc a Ty siedzisz tu i zabawiasz się z tą dziewczyną a Upiorni Lordowie powstają. - Wskazał na mnie palcem prawej ręki.- Jak Ty…- Przerwał moje pytanie.
    - Jak chcesz używać mojej mocy skoro ledwo władasz tym kruchym lodem. Każde, użycie mojej mocy kończy się dla Ciebie śmiertelnie! - Uderzył w stół rękawicą a miejsce na stole zaczęło się powoli żarzyć.
    - Jak mam używać twojej mocy kiedy w ogóle nie wyczuwam twojego żaru! - Odparłem.
    - Nie wyczuwasz czy nie chcesz wyczuć? - Zapytał. - Nie mamy czasu. Użyj koordynatu na razie tyle.
    - Lelusz! - Nagle usłyszałem krzyk Very z lewej strony po którym zapadła cisza. Kątem oka zauważyłem na sobie przyzwany strój lodowego maga oraz co najważniejsze żarzące się wgniecenie w ladzie.
    - Vera, co tu się…- Momentalnie rzuciła mi się na szyje. Nie potrafiłem wytłumaczyć sobie w myślach jak doszło to tego wydarzenia. W jednej chwili z pijackiej zabawy i poważnej rozmowy o “naszej” wspólnej historii pojawia się Vulcan, ja przybieram pełną formę lodowego maga, pojawia się żarzące się wgniecenie lecz co ważne, Vulcan Rex wiedział o koordynacie. Złapałem Verę za prawe ramię i powiedziałem do niej.
    - Zaprowadź mnie do Luny...

  • Dar


    >Począwszy do Ymira Wielkiego aż po obecne czasy moc “darów” była przekazywana kolejnym użytkownikom. Z tym wyjątkiem, że ów dary różniły się znanej magii w naszym świecie. Ów dar był mocą niezwykłą, niepowtarzalną, na tyle osobliwą, że żadne znane kombinacje czarów nie były zdolne osiągnąć chodź promila możliwości daru. Jednakże żaden dar nie chronił posiadacza przed spotkaniem z kostuchą lecz raczej przyspieszał nieubłagane spotkanie. Dlatego każdy użytkownik daru przekazywał go swojemu następcy, który rozwijał otrzymany dar na przełomie swojego życia. Moglibyście uznać moi drodzy, że posiadacze ów “darów” byli wcieleniem bogów na ziemi. Gdyby nie fakt, że każdy użytkownik pozostawiał po sobie ślad a raczej długi niekończący się ślad bowiem w każdy użytkownik pozostawiał w darze wszystkie swoje wspomnienia by jego następcy wiedzieli jak użyć nietypowych zdolności oraz jak je rozwijać oraz co najważniejsze, jak, kiedy i komu go przekazać. Wszystko brzmi wspaniale bowiem wydawać się mogło, że dostajemy machinę wojenną z pełną i szczegółową instrukcją gdyby nie fakt, że ów wspomnienia pojawiały się w naszych snach i najczęściej to nie były wspomnienia związane z używaniem daru lecz losowymi, najczęściej silnymi wspomnieniami dalszych posiadaczy. Ci, którzy nie potrafili manewrować wśród tego oceanu wspomnień szybko wariowali, żyli wspomnieniami innych aż do momentu przekazania daru…
    - Oświecenie! - Silny blask światła uderzył przez moje powieki budząc mnie w bibliotece Calvina. Po chwili gdy zawroty głowy ustały zobaczyłem przed sobą Lunę oraz zanikający krąg światłości.
    - Co widziałeś?! - Zapytała gwałtownie podnosząc ton. Po chwili przetarłem twarz lewą ręką i zauważyłem, że cały czas byłem w formie lodowego maga, zaobserwowałem to przez niebieski kolor swoich włosów, który odbijał się w lodowym przedramienniku.
    - Co widziałeś?! - Zapytała gwałtownie szarpiąc mnie na futrzany kołnierz. - Vulcan...Widziałem Vulcana. - Odpowiedziałem, po czym próbowałem unormować oddech. Nie pamiętam nic od momentu kiedy Vera próbowała wyznać mi swoje uczucia. Wszystko wskazywało na to, że straciłem przytomność ale bardzo gwałtowne bicie serca, nierówny oddech oraz fakt, że Luna użyła zaklęcia, które zwyczajowo leczy ciężko rannych żołnierzy przed śmiercią. Świadczy o tym, że ów “wizja” mogła mnie zabić.
    - Co Ci powiedział? - Zapytała po chwili kucając na wysokość mojej twarzy, za nim znów zacząłem tracić ostrość wzroku ujrzałem za Luną moich towarzyszy oraz osobę o ciemnoróżowych włosach. - Słyszysz mnie?! - Zapytała ponownie łapiąc w swoje małe dłonie moją twarz. - Co usłyszałeś podczas rozmowy? - Ponownie zapytała. A ja dopiero kilku kolejnych wdechach kiedy udało mi się przypomnieć najbardziej charakterystyczne fragmenty tej krótkiej rozmowy, odpowiedziałem przerywając rosnące napięcie.
    - Upiorni Lordowie…Upiorni Lordowie powstają… - Powtórzyłem, po czym ponownie starałem się wyrównać oddech.
    - Nagle zmienił się w Lodowego…- Odrzekła Vera opierająca się o lewy regał za plecami Luny.
    - Mówił coś jeszcze? - Zapytała Luna obracając głowę w jej kierunku.
    - I żebyśmy go zaprowadzili do Ciebie. - Dodał Hakim stojący koło Very.
    - Wspomnienia w czasie rzeczywistym? To niemożliwe. - Powiedział Adolaks, stając po prawej stronie za plecami Luny.
    - Czas się… zatrzymał...jakby…- Po tych słowach próbował wstać opierając się o własne kolano lecz gdy tylko udało mi się podnieść udo na wysokość głowy Luny momentalnie kolano ugięło się pod naporem mojego ciała. Gdyby nie Ado zapewne upadłbym na Lunę.
    - Dajmy mu odpocząć! - Krzyknął Misiek. - Musimy ustalić co widział! To nie było wspomnienie! - Odparła Luna.
    - W tym stanie nic wam nie powie. - Usłyszałem z tyłu ledwo rozpoznawalny głos kobiety, po którym całkowicie osunąłem się na Lunę.
    Może to zabrzmieć dziwnie lecz gdy otwarłem oczy nadal znajdowałem się w tym samym miejscu lecz byłem oparty o regał o który opierała się Vera, gdy przeniosłem swój wzrok w stronę lewą gdzie znajdowało się okno przez które wpadało światło odbite księżyca, ujrzałem moich towarzyszy zaciekle o czym dyskutujących. Postanowiłem, nie zastanawiać się nad temat ich debaty lecz bardziej na zebraniu myśli i ustaleniu chronologicznego plany wydarzeń. A więc z nieznanych mi dotąd przyczyn w trakcie kolejnej biesiady, w cudowny sposób objawił się Vulcan Rex dawny władca Pustyń Mortazu, a następnie w niewyjaśnionych okolicznościach przybrałem pełną formę lodowego maga, która jak widzę po swoich spodniach nadal się utrzymuje i ostatecznie skończyłem półżywy w bibliotece Calvina gdzie Luna kolejny raz uratowała waszego skromnego magika przed jakże niezbyt wesołą śmiercią spowodowaną przez nadmierne spożycie alkoholu. Oczywiście miałoby to sens ponieważ przed ów zgonem miałem halucynacje co niektórych z was moi mili by nie dziwiło.
    - Miałam wyrazić swoje zawiedzenie oraz przedstawić kosztorys długu ale widzę, że dziś nic mi nie podpiszesz. - Ponownie usłyszałem znajomy głos kobiety, który tym razem dobiegał znad mojej głowy a dokładniej dobiegał od kobiety, która stała naprzeciw mnie oparta o regał.
    >Dopiero po chwili zorientowałem się kto patrzy na mnie wzrokiem pełnym pogardy jak na splugawionego kulawego psa.
    - Mimi? - Zapytałem unosząc lekko w górę obolałą głowę. - Nie ruszaj się…- Wyszeptała kucając między moimi rozłożonymi nogami, po czym zaledwie z kilku centymetrową przerwą między naszymi twarzami dokończyła.
    - Zaraz oni stąd pójdą i będziesz musiał ze mną pomówić. - Mówiąc to, cały czas rzucała na mnie spojrzenie pełne pogardy. Nawet nie spostrzegłem gdy lekko podniosła moją głową unosząc ją lekko za moją brodę.
    - Ja mam zacząć czy wolisz Ty? - Zapytała, dając mi szansę wyjaśnienie wszystkich wydarzeń, nieścisłości odnośnie zeszłego roku. To nieprawdopodobne, że wierzy w to, że w takim stanie będę w stanie opowiedzieć jej o wszystkim tak szczegółowo w moim stanie. Lecz, kto z nas w możliwości wytłumaczenia się przed katem nie skorzystałby z prawa to uratowania swojego życia.
    - Musimy...teraz? - Zapytałem, celowo przedłużając swój poprzedni stan. - Mnie nie oszukasz. - Odparła krótko po czym założyła ręce na kolana, a moja głowa opadła.
    - No więc? - Zapytała ponownie. - To długa historia. - Odparłem. - Mamy sporo czasu, rano przybywają poszukiwacze na rajd a tam nie jestem potrzebna.
    - Chcesz jeszcze raz usłyszeć tą historie? - Zapytałem lekko podnosząc głowę. - Od tamtej nocy kiedy zapukał do nas August Steel.
    - Wolałbym wspominać tamtą noc, było całkiem przyjemnie. - Uśmiechnąłem się pod nosem.
    - Gdyby Dynia i Kuro nie przewrócili stołu w trakcie kolacji to tak, ale powiedz mi dlaczego zostałam skazana na śmierć.
    - Nie często opowiadam takie historie. - Dodałem krótko.
    - Żałosny, bądź w końcu mężczyzną i powiedz co się znów do cholery działo przez cały ten rok, gdzie byłeś, co robiłeś. Dlaczego kolejny raz znikasz…- Powiedziała to wszystko, ze spokojem. Nie, to nie był spokój.
    Zazwyczaj gdy wymawiamy jakieś znaczące słowa zawsze okazujemy przy tym emocje, jedni bardziej, drudzy mniej. A jak było w jej przypadku? Zawsze pogodna,uśmiechnięta, której każde słowo wypełnione życzliwością i radością trafia w serce...Dziś było skute lodem.
    Nie to też nie to. Dopiero teraz gdy moje oczy zaczęły widzieć bardziej wyraźnie ujrzałem to zmęczenie w jej oczach. Choć ciężko mi to przyznać i to co prawda jedynie teorie lecz...Mimi była mną już po prostu zmęczona.
    - Zapewne Misiek i reszta Ci to już opowiedzieli. - Odwróciłem wzrok w kierunku okna.
    - Ale chciałbym to usłyszeć od Ciebie. - Natychmiast dodała, po czym położyła dłoń na moim policzku i skierowała moją głowę w jej kierunku. - W takim razie wiesz już wszystko. - Odparłem spoglądając jej w oczy.
    - I tu się mylisz. - Dodała.
    - To co Ci powiedzieli jest prawdą. Zostałaś zwykłą przynętą. Wiedzieli, że doprowadzisz ich do mnie. - Po tych słowach zapadła chwila niezręcznej ciszy. Wyraźnie widziałem jak przez jej oczy powoli zaczyna wylewać się smutek, dopiero po chwili dotarło do mnie jak zimne były moje słowa. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to złe, Mimi sama przyznała, że wie o wszystkim lecz…dobrze nam znana prawda wypowiedziana przez bardzo bliskie nam osoby sprawia, że ból jest nieporównywalny z tym gdy sami ją odkryliśmy. Czasami, My, Ludzie… chcemy usłyszeć tą prawdę w kontekście nieprawdy, zaprzeczenia, że cała ta “prawda” jest tylko imaginacją, fikcją, kłamstwem. Pragniemy by druga osoba powiedziała nam, że to co nazywaliśmy prawdą ukrytą na dnie serca, jest w rzeczywistości fałszem.
    >To właśnie chciała usłyszeć Mimi. Chciała usłyszeć, że prawda, którą wpoili jej nasi wspólni przyjaciele jest fikcją a ja jestem jedyną osobą, a w zasadzie byłem, jedyną osobą, która mogła oszczędzić jej cierpienia. Najgorsze jest w tym fakt, że wypowiedziałem to wszystko z jeszcze większą obojętnością i nie miałem z tego początkowo nawet wyrzutów sumienia.
    >Czasami, niektórzy ludzie tacy jak Ja czy nawet Wy moi mili doceniają pewne rzeczy dopiero po jej stracie. Wielu możnych nie doceniali swoich przywilejów, aż do ich utraty, wielu ludzi nie doceniali tego co ich otacza. A ja nie doceniałem tego, że zawsze co roku, gdy powracam do Nosville po ciężkich podróżach,była jedna taka dziewczyna, która zawsze na dobre i na złe, na mnie czekała.

  • Przed obliczem boga

    >Wybaczcie mi moi mili, że pragnę pominąć w chwili obecnej dalszy fragment rozmowy z Mimi lecz jest on bardzo bliski memu sercu i nim się z nim wami podzielę sam muszę go przyswoić. Przyjdzie i czas na to, dodam jedynie, że nad rankiem Misiek pomógł mi dojść do jedynego pokoju, którego udało im się nie zniszczyć. Lecz i tak wygodną drzemkę musiał czekać brutalny koniec, kiedy to drzwi od mojego pokoju wleciały pełnym impetem w głąb pokoju, przy okazji robiąc w tym potężny huk, który zerwał mnie prawie na proste nogi lecz...
    Nim przetarłem oczy w moim kierunku był wycelowany co najmniej tuzin świetlistych halabard, które należały do członków Najświętszego Officium. Jedynie na co mi pozwolono, jak sądziłem to uniesienie rąk w górę nim zostałem sprowadzony do parteru i skuty kajdanami z dwimerytu. Z parteru niósł się echem głos Very, która prowadziła z kimś kłótnie. Przez myśl przeszła mi myśl, że może faktycznie Mimi doniosła na mnie do Officium lub ktoś z moich kompanów mnie zdradził.
    Nagle zostałem uniesiony i siłą przeciągnięty do schodów, z których to jak już się domyślacie moi mili zostałem z nich zrzucony… Nie musiałem długo czekać obolały bo zaraz dwójka inkwizytorów stojących koło stołu uniosła mnie ponownie i rzuciła na kolana przed wejściem do salonu. Gdy jeden z nich chwycił mnie za włosy i pociągnął w tył ujrzałem Verę na której ramieniu znajdowało się ostrze świetlistej halabardy a zaraz obok niej w podobnej sytuacji Miśka, Adolaksa i Hakima, a naprzeciw mnie stała jedyna osoba w całym Imperium Gryfów, która była gotowa oddać życie za moje cierpienie. Niegdyś przyjaciel, członek gildii, dziś jeden z mistrzów Najświętszego Officium z rangą Cesarskiego Inkwizytora.
    - Rody!! - Krzyknąłem w jego stronę przy okazji rzucając w niego swoje gniewne spojrzenie.
    - Postawcie go na nogi. - Zwrócił się z obrzydzeniem do Inkwizytorów. - Rozkuć go. - Nakazał krótko a już po chwili poczułem lekką ulgę, mimo bólu.
    - Ciesz się, że jestem tu oficjalnie. - Sięgnął ręką do torby, która leżała na stole i wyciągnął z niej walcowaty pojemnik, pokryty licznymi runami, które lśniły na we wszystkich kolorach tęczy. Jednym zgrabnym ruchem odkręcił wieczko pojemnika i wysunął z niego emitujący lekkim światłem zwój. Niczym Herold rozwinął zwój, przyjął odpowiednio wyprostowaną postawę, uniósł głowę i zaczął.
    - “ W imieniu Jego Doskonałości, Wybrańca Jasności, Władcy jedynego i absolutnego, zwierzchnika Świętego Officium, Cesarza Imperium Gryfów, Abrahama Fritza I. “ - Rody przerwał pochylając głowę po czym zaczął ponownie.
    - “Ma przyjemność zaprosić Lodowego Arcymaga Leloucha D.Mavisa na osobistą audiencję w skromnej Katedrze w Oriath” - Rody wręczył mi zwój i oprócz zwrócenia uwagi na piękny charakter pisma, szczególnie moją uwagę zwróciła Cesarska pieczęć w kształcie Gryfa, który był odciśnięty w emanującym od magii wosku. Spojrzałem na Rodiego
    - Czego chce? - Zapytałem. - Dotknij pieczęci a pojawisz się w Oriath. - Odparł.
    - Kiedy wrócę? - Zapytałem spoglądając w gryfa. - Jeżeli Jego Doskonałość pozwoli to jeszcze dziś.
    - Rody, jeżeli komuś stanie się krzywda to wykończę was wszystkich tak jak tych na Wyspie Przemysłowej. - Wystarczył krok w jego stronę by wszyscy obecni Inkwizytorzy wycelowali we mnie swoimi brońmi.
    - Nie będzie na Ciebie czekał. - Powiedział Rody dając sygnał reszcie by opuścili broń. Było to przez chwilę dla mnie naprawdę dziwne gdyż cały czas znajdowałem się w formie lodowego maga a mimo to pozwolili mi na swobodne ruchy. Pomijając fakt, że w każdej chwili mogłem uwięzić ich w lodzie, to dali mi duży kredyt zaufania. Spojrzałem raz jeszcze na kamienną twarz Rodiego a następnie położyłem rękę na pieczęci. Po chwili pod moimi stopami zaczął powoli rysować się krąg teleportacyjny emitujące błękitne wiązki światła. Po utworzeniu pełnego kręgu ostatni raz spojrzałem na Rodiego zanim słup światła mnie pochłonął. Gdy słup światła zanikł moim oczom ukazał się ogromny pozłacany malunek na kopule przedstawiający Pierwszego Króla siedzącego na Gryfie. Reszta opisu była zbędna. Gdy rozejrzałem się po pozłacanych ścianach jakie mnie otaczały oraz o pochodniach, które świeciły czystą, nieskazitelną światłością, która rozświetla całe wnętrze ów budynku, wiedziałem, że znajduje się w Katedrze Królewskiej w Oriath, Stolicy Imperium Gryfów.
    - Ileż można czekać. - Dobiegł mnie głos zza mojej głowy. Powoli obróciłem się w jego stronę wodząc przy okazji wzrokiem po figurze przedstawiającą Juliusa Fritza, ostatniego Imperatora. Moim oczom ukazał się mężczyzna wyższy ode mnie o ćwierć stopy, krótkich blond włosach, porcelanowej twarzy o niebieskich oczach.
    - Pogoda utrudnia teleportacja. - Powiedział przy okazji poprawiając lśniący biały rękaw.
    - Od kiedy masz na imię Abraham? - Zapytałem. - Imię po ojcu a zgodnie z tradycją nim muszę się tytułować. - Stwierdził, krótko.
    - A więc, Arturze, w czym mogę Ci pomóc. - Zapytałem Imperatora. - Nawet nie przywitasz się z przyjacielem? - Odpowiedział pytaniem przy okazji rozkładając ręce.
    - Żaden z moich przyjaciół nie jest mordercą ani tyranem. - Odparłem, lecz twarz Artura ani trochę nie posmutniała.
    - Wybacz, lecz trwa wojna, czy te metody są moralne czy też nie zdecydujemy po jej zakończeniu. - Dodał.
    - Wojna z kim?! - Zapytałem unosząc ton swojego głosu. - Podróżujesz po świecie i nie wiesz? - Zapytał Artur obejmując mnie przyjacielskim uściskiem na trzy może cztery sekundy po czym mnie puścił i chwycił dłońmi za ramiona.
    - Wiele lat się nie widzieliśmy. - Stwierdził. - Odkąd Twoja matka nas uratowała minęło trochę czasu.
    - Powiedz mi czego ode mnie chcesz i pozwól odejść. - Odniosłem się do prawdziwego celu tej wizyty. Mina Artura posmutniała. - Pozwól ze mną. - Puścił moje ramiona i udał się w stronę balkonu znajdującego się w po prawej stronie od ołtarza. Ruszyłem tuż za nim trzymając pewien dystans, oczywiście podczas całego spaceru panowała cisza, lecz gdy tylko dotarliśmy na balkon, Artur oparł się o lśniący marmurowy balkon i podziwiał jak zachodzącego słońcę oświetla tysiące budynków krwistym światłem ciągnących się w dal aż po kres horyzontu.
    - Wyobrażasz sobie jak Oriath płonie? - Zapytał. Podszedłem do werandy po prawej stronie Artura i położyłem na niej prawą dłoń.
    - Ciężko jest rządzić tam olbrzymim imperium, lecz gdyby nie metody jakie stosuje...Oriath i całe imperium zostałoby splugawione.
    - Przez bandę znachorów? - Zapytałem, obracając głowę w stronę Artura. - To wioskowe mity, łapiemy heretyków, czarnoksiężników, wiedźmy i całą bandę tej plugawej gromadki.
    - Przy okazji wszystkich co używają magii. - Dodałem. - Lelusz gdyby nie rygor nasz dom zostałby pokryty spaczeniem, sam fakt, że za proste czary możesz stanąć przed sądem sprawia, że sami heretycy boją się używać swoich podłych rytuałów, ich idiotyzm kieruje ich w najbardziej oddalone zacofane wioski gdzie czczono niegdyś demony, które podawały się za bogów.
    - W zeszłym roku chcieliście zabić wybrankę mojego serca, tylko po to aby dostać mnie w swoje łapy. - Rzuciłem pogardliwe spojrzenie.
    - Zapewniam Cię drogi przyjacielu, że nikt z Inkwizycji oprócz Augusta Steela nie jest w to wplątany. - Podniósł się z barierki i spojrzał w moją stronę. - Jesteś tu między innymi z jego przyczyny. - Dodał.
    - Gdzie on jest?. - Zapytałem chłodnym tonem ściskając barierkę, która pokrywała się drobnym lodem.
    - I właśnie dlatego tu jesteś. - Odparł. - Sprowadzasz mnie tu tylko po abym szukał Steela?! - Krzyknąłem.
    - Masz marnych informatorów, bo szukałem Vergila i Żelaznego cały rok…- Dodałem już spokojniejszym tonem.
    - Lelusz mnie nie musisz okłamywać, rozmawiamy jak starzy przyjaciele, nie stoisz przed Imperatorem czy też Bogiem jak to niektórzy myślą, ale przed przyjacielem - Ponownie spojrzał w stronę horyzontu.
    - Wiem czego szukać i w jakim celu. - Spojrzałem w stronę Artura. - Zapewniam Cię, że zadanie jakie otrzymasz sprawi, że otrzymasz odpowiedzi na swe pytania, uratujesz kolejny raz świat oraz…
    - Dlaczego miałbym Cię słuchać? Równie dobrze mógłbym zamrozić cały twój zamek. - Artur zamilkł na chwilę.
    - Oboje chcemy śmierci Steela oraz Vergila. Oboje chcemy zakończenia wojny oraz działań mojej inkwizycji lecz do tego musimy wiedzieć w jaki sposób Steel był w stanie przeżyć oraz w jaki sposób jest w stanie kontrolować Starsze Potwory.
    - Co?! - Spojrzałem ponownie na Artura, tym razem przerażony. - Moje źródła doniosły o tym oraz o tym, że widziano Żelaznego oraz Twojego towarzysza na niedawno odkrytym łańcuchu wysp, a w zasadzie na jednej. - Arthur sięgnął do rękawa.
    - Archeos?! Czekaj, nie rozumiem tu czegoś…- W moją stronę powędrował zwój związany sznurkiem.
    - To oficjalny rozkaz, wykonasz go a dostaniesz co chcesz w tym odzyskanie Gildii. - Spojrzałem ponownie na Artura.
    - Sprawa jest poważniejsza niż wszystkim nam się wydaje. Wybierzesz moment w którym wyruszycie wszyscy na Archeos wraz z Rodym i moimi ludźmi. Świetlisty Galeon przybije jutro o poranku do NosVille. Odebrałem zwój od Artura i szybkim ruchem dłoni zdjąłem sznurek i rozwinąłem zwój. To co ukazało się moim oczom zamurowało mnie, dopiero po chwili gdy wziąłem głęboki wdech Artur odwrócił się w moją stronę i powiedział.
    - Niech Bóg ma nas w opiecie

  • Ostatnia Noc

    >Po moim powrocie do Nosville od razu udałem się do karczmy gdzie siedzieli moi towarzyszę, mimo obecności Inkwizycji w mieście, wszystkie świąteczne rajdy odbywały się bez problemu, mimo zbliżającej się nocy i spadku temperatury rajdy bałwanka trwały w najlepsze. Gdy przedarłem się przez zatłoczony rynek do karczmy Graga, w środku ujrzałem moich towarzyszy siedzących przy tym samym stole co dzień wcześniej. Siedział tam także Rody a obok niego Grag. Muszę przyznać, że nawet zabawnie wyglądało zestawienie tych dwóch postaci.
    Moi towarzysze patrzyli na mnie w ciszy aż nie podszedłem do krańca stołu.
    - Ile potrwa załadunek statku? - Spojrzałem na Rodiego. - Jeżeli przybędzie wczesnym rankiem to powinniśmy wyruszyć jeszcze przed południem.
    - Chwila moment gdzie wyruszyć?! - Uniosła się oburzona Vera. - Rody, wróciliśmy wczoraj do domu!
    - Wyruszymy jak najszybciej się da. - Przerwałem Verze a cała uwaga została zwrócona w moją stronę.
    - Lelusz kilka godzin temu roz…- Rzuciłem gniewne spojrzenie w stronę Very a ta zamilkła.
    - Dostaliśmy rozkaz od Imperatora…- Przerwałem na moment. - Udajemy się na do nowego świata, tam znajdziemy Steela i Vergila oraz odpowiedzi na moje pytania w zamian, Imperator przywróci Fairy Tail. - Spojrzałem w stronę Rody’ego.
    - Co?! - Nagle uniósł się Hakim. - Jakim prawem ten blondasek będzie nam rozkazywał, a tym bardziej Tobie. - Wskazał na mnie palcem wskazującym u lewej ręki.
    - Hakim na racje. Imperator nie jest jednym z tych co proponują takie układy, a tym bardziej jeżeli chodzi o powrót Gildii.- Dodał Adolaks krzyżując ręce na piersi.
    - Przyjaciele, proszę, musicie mi zaufać. Tu nie chodzi tylko o sam rozkaz, na Archeos widziano tą dwójkę a wiecie do czego są zdolni, jeżeli ich nie powstrzymamy...to.- Zamilkłem gdy przypomniałem sobie co widziałem jeszcze kilka godzin temu na zwoju.
    - Nie powstrzymamy czego? - Zapytał Misiek z wyraźnym grymasem na twarzy. - To tajna informacja. - Odrzekłem.
    - Nie ufasz nam mistrzu? - Zapytał zmartwiony. - To nie tak, wiecie, że jesteście moją rodziną ale zrozumiecie to kiedy zobaczycie na Archeos. Prawda Rody? - Oparłem się o stół i ponownie spojrzałem na Rody’ego a wraz ze mną reszta moich towarzyszy.
    - Ma racje. - Odrzekł poprawiając okulary. - Zajmiesz się przygotowaniem statku, gdy tylko będzie got…
    - Co się do cholery dzieje!?- Ponownie uniosła się Vera. - Co jest grane?! Nagle wydajesz rozkazy Rodiemu?
    - Vera...proszę. - Zwróciłem się spokojnym tonem do Very. - Jak sobie życzysz. - Odparł Rody po czym cała uwaga została zwrócona na niego i trwała tak długo aż Rody nie opuścił karczmy.
    - Zjawiasz się znowu na chwilę, nic nam nie mówisz, chcesz abyśmy popłynęli z Tobą do nieznanych krain, kolejny raz porzucisz wszystko - Stwierdził Misiek po czym wyszedł z karczmy w ciszy, tak samo Hakim tuż za nim. Po chwili Grag udał się na zaplecze karczmy. Nawet nie spostrzegłem kiedy to Luna wraz z Adolaksem opuścili karczmę, pozostawiając mnie z Verą.
    - Nawet nie wiem co mam Ci powiedzieć. - Zaczęła kazanie.- To się dzieje za szybko, Mimi, Rody, Imperator, a teraz chcesz byśmy znów ryzykowali życie i płynęli do nowego świata. Jeszcze jakbyśmy mogli wiedzieć po co i dlaczego.
    Vera miała rację, nikt nie będzie ryzykował za niepewną obietnicę przywrócenia gildii. Lecz ja znałem prawdę, której nie mogłem im wyznać. Gdybym to zrobił prawdopodobnie zostałbym sam. Nawet Rody i jego ludzie mogliby uciec gdyby wiedzieli co będzie nas tam czekać.
    - Vera sam nie wiem czy to co robie ma sens, czy przypadkiem nie zwariowałem, ale informacje od Artura nie są kłamstwem. Proszę, musisz mi uwierzyć. - Złapałem ją za ramię. - Musimy tam popłynąć. - Spojrzałem w jej fiołkowe oczy, które wodziły wzrokiem po stole. Po chwili Vera strąciła moją dłoń ze swojego ramienia.
    - Przynajmniej tym razem pożegnaj się z Mimi. - Trąciła mnie barkiem po czym opuściła karczmę.
    Dla wielu z Was moi drodzy mogłoby się wydawać, że Misiek i reszta nie zachowali się jak prawdziwi przyjaciele. Lecz gdybyście wiedzieli jakie pogłoski krążą o ów “Nowym Świecie” zrozumielibyście ich reakcje i zapewniam Was, że wszystkie opowieści o Archeos są prawdziwe, nie tylko dlatego, że daje Wam moje uroczyste słowo ale z historii podbojów naszego świata wiemy, że “Nowe ziemie” posiadają swego rodzajów opiekunów. Coś na kształt pomniejszych bożków, ogromnych rozumnych bestii nazywanych przez nas Starszymi Bestiami. Sam Lord Draco czy też Fafnir należą do Starszych Bestii lecz muszę tutaj dokonać bardziej szczegółowego podziału gdyż są oni dużo starsi od znanych nam już Starszych oraz o wiele bardziej rozumni.
    Minęła chwila nim stanąłem przed drzwiami Mimi, nieco zziębnięty, z czerwonym nosem. Uniosłem prawą dłoń aby zapukać w drzwi, ale z jakiegoś powodu uderzenie zostało stłumione a dłoń zsunęła się po drzwiach. Nie wiem czemu ale ogarnął mnie bardzo duży smutek, nie wiem czemu chociaż tym razem żegnam się oficjalnie nie dlatego, że ta podróż może się dla mnie źle skończyć, ale raczej w zasadzie pierwszy raz żegnam się z Mimi. Chociaż teraz byłem już jej obojętny… Może właśnie dlatego tak posmutniałem? Na dodatek gdy o tym teraz myślę ciężej zaczyna mi się oddychać.
    Mimo, że los wczorajszej historii został przypieczętowany… nie może przejść mi przez głowę myśl, że to co było między nami się zakończyło. Sporo razem przeszliśmy ale zeszłoroczne wydarzenia dały jej wyraźnie do zrozumienia, że jestem tylko i wyłącznie niebezpieczeństwem, którego należy unikać jak ognia. Oparłem gwałtownie głowę o drzwi, a raczej uderzyłem nią w drzwi. Nie potrafiłem opanować bicia serca oraz chaosu w mojej głowie spowodowanych obawami co będzie się dziać dalej skoro już jej nie ma lub czy otworzy mi drzwi albo czy jeżeli otworzy to kto przede mną stanie.
    Chwile potem zauważyłem ruch firanki w prawym okrągłym okienku, mimo, że nie przyjrzałem się dokładnie wiedziałem, że była ona lub mój umysł chciał żebym tak myślał. Położyłem prawą dłoń pod klamką aby czuć wibracje zamka i przywarłem lewym uchem do drzwi aby słyszeć szelest od środka.
    - Mimi to ja…- Zacząłem lekko stłumionym głosem. W zasadzie to nawet nie był początek bo po tym krótkim wstępie serce biło mi tak mocno, że musiałem chwile pozostać w milczeniu aby wypowiedzieć resztę słów.
    - Jutro z rana… raczej przed południem opuszczam Nosville... chyba na dobre. - Poczułem leciutki napór na drzwi, prawdopodobnie to była Mimi, która przystawiła głowę do drzwi albo mój umysł chciał żeby tak było.
    - To rozkaz do Imperatora. Wydaje mi się, że już na dobre opuszczę Nosville, za dużo tu już napsułem przez te lata. - Nagle nieopisany ból złapał mnie za serce, po wypowiedzeniu tego krótkiego ale prawie pełnego w przekaz z zdania.
    - Wiem, że zwykłe przepraszam nie wymaże naszej rozmowy u Calvina ani tego, że znikałem co roku, nie wymaże także tego, że musiałaś na mnie czekać ani nie wymaże tego, co spotkało Cię zeszłego roku. - Wziąłem kilka głębszych wdechów.
    - Płynę na Archeos by ścigać Steela… Tam uzyskam odpowiedź na resztę moich pytań i… chyba tam zostanę już na dobre. Nikt z kompanów nie chce mnie znać, gdzie się nie pojawię tam przynoszę kłopoty.
    - Przepraszam Cię za wszystkie problemy i krzywdy jakie Ci wyrządziłem. Naprawdę Cię przepraszam. Cały czas będę o Tobie myślał, a kiedy znów będę bogaty przekaże duży datek na odbudowę NosVille. Nadal czuje to co wtedy.
    - A więc odchodzisz. - Gwałtownie odwróciłem się w stronę głosu za moimi plecami, cały czas stała za mną a ja patrzyłem się z niedowierzaniem w jej spuszczone w dół oczy. Po chwili czasu Mimi podeszła do mnie, myślałem, że będzie chciała chociaż się ze mną pożegnać lub kazać mi zniknąć na dobre ale ona powiedziała jedynie “Przepraszam” kiedy próbowała sięgnąć kluczem w kierunku dziurki w drzwiach. Stałem jak wryty przyglądając się jej jak w dramacie, nie powiedziała nawet słowa, nawet kiedy drzwi spokojnie się zamknęły i usłyszałem dźwięk przekręcanego zamka.
    ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
    Przepraszam za potencjalne braki akapitów, seriotki* oraz literówki, tekst po przyklejeniu troszkę się rozjeżdża

  • Izolacja

    >Witajcie moi mili, ja nazywam się Kuro i jestem smoczym towarzyszem Waszego ulubionego i nieszczęśliwego magika.
    Od ostatniego opowiadania minęło trochę czasu a mój pan nie chciał o niczym opowiadać od momentu wypłynięcia z portu.
    Co prawda już pierwszego dnia Misiek wraz z Hakimem wywołali pożar na statku w momencie gdy jeszcze nie wypłynęliśmy z portu, zniszczyli także jeden z pomniejszych silników przez co statek nie płynął prosto ale jakby skręcał w prawo. No ogólnie w trakcie 45 dni podróży Misiek i Hakim spowodowali jakieś 43 usterki w tym tylko 17 takich, przez które nasz galeon dryfował bezwładnie po oceanie. W sumie nie biorąc pod uwagę tych wszystkich wypadków to było całkiem zabawnie, inkwizytorzy nie są wcale tacy źli jak to wszyscy mówią. Normalnie siedzą i piją z resztą, nawet Misiek i Hakim polubili paru z nich, nawet Rody zaczął być miły dla reszty. Vera mówi, że Rody jest zły tylko na Lelusza. A jeśli już o nim mówimy, jak tylko wyruszyliśmy z portu, siedzi zamknięty w swojej kajucie i czyta jakieś książki, które mu Rody przyniósł. Na moje nieszczęście wraz z nimi przyniósł tego durnego krzakogona... Nienawidzę Dynii! Zawsze mi dokucza i śmieje się ze mnie, a jeszcze żeby tego nie było mało to siedzi tam z naszym Panem zamknięty całe dnie i coś dyskutują. Co dokładnie nie wiem bo już drugiego dnia Dynia wyrzuciła mnie z kajuty i do dzisiaj nie mogę się tam wejść ale dziś się to zmieni. Wraz z nadejściem kolacji planuje szarżą wedrzeć się do kajuty. Tak więc trzymajcie za mnie kciuki.


    >Przecierając oczy lewą dłonią z rozczarowania, powoli zamykałem kolejną księgę o nowych gatunkach roślin występujących na zbadanych terenach Archeos. Co prawda przed rozpoczęciem lektury o nowym lądzie spodziewałem się zaskakujących faktów o tamtejszej florze ale żeby niektóre z roślin drapieżnym mogło rzucać proste zaklęcia uroku?
    Znam jedną historię miłosną gdzie kochanek użył magicznego proszku na swojej ukochanej aby ta się w nim zakochała, z tym wyjątkiem, że roślina pożerała ofiarę. Być może dla niektórych z Was moi mili określenia takie jak “pożarcie” oraz “zakochanie” są zwykłymi synonimami. A przynajmniej dla mnie od paru tygodni… Nie wiem ile czasu siedzę w tej kajucie ale nie byłem jeszcze ani razu w stołówce, płomienie świec nie dają mi rozróżnić dnia od nocy czy nocy od dnia, co prawda one są obecnie moim “jedynym słońcem” w tej kajucie bez okna. W zasadzie chciałbym Was przeprosić moi drodzy, za moją nieobecność lecz nie byłem w stanie podzielić się z wami niczym w trakcie tej podróży. Cały czas próbowałem zająć myśli czytaniem o nowym świecie oraz rozpatrywaniu potencjalnych planów naszych wrogów, lecz wyznam Wam moi mili, że bardzo boli mnie serce… Minęło pare tygodni? Nie jestem do końca pewien, ale minął pewien przedział czasowy kiedy to ostatni raz widziałem Mimi. Kiedy opuszczałem NosVille zawsze miałem ją w swojej głowie i zawsze miałem osobę oraz miejsce do którego chce wrócić. Dziś za to, sama myśl o niej sprawia mi potworny ból w środku, który nadal jest mi ciężko znieść. Nie sądziłem, że utrata tak bliskiej mi osoby może tak boleć. Teraz wiem co czuła Mimi kiedy znikałem…
    To musiało być potworne, ja po oficjalnej stracie nie mogę zebrać myśli w kupę a ona musiała z tym żyć miesiącami.
    Mimo obecności moich towarzyszy...nigdy nie czułem się tak samotny. Co ja z resztą gadam, jeżeli Rody nie powiedział im po co płyniemy na Archeos ani co nas tam może spotkać to nadal płynął tam dla mnie bez świadomości tego co ich tam może spotkać oraz świadomości tego, że nie wszyscy wrócimy z tego starcia. To wszystko nie daje mi spokoju od samego początku tej wyprawy lecz moje rozważanie nagle przerwało pukanie do drzwi. Zapewne był to wieczorny posiłek, a przynajmniej tak sądzę, zazwyczaj są trzy posiłki dziennie odpowiednio dobrane w godzinach śniadania, obiadu i kolacji.
    Czasami dostaję nieregularnie posiłki co do czasu ubywania świecy przez co czasami też gubię się w posiłkach.
    - Dynio, mogłabyś? - Zwróciłem się do chowańca, który leżał na stercie książek obok biurka. Kiedy to chwilę później położył się na swojej parasolce, która służyła mu za laskę, leniwie podleciał do klamki, którą nacisnął leniwie ogonem.
    Do tej pory się zastanawiam dlaczego związałem swój los z demonem zamkniętym w krzakogonie. Chociaż Dyni daleko do demona, nawet do impa. Po chwili jakiś mały czarny pocisk wbił się w kopiec ksiąg, który leżał po drugiej stronie stołu.
    - Kuro? - Zapytałem, przy okazji podnosząc się z krzesła. - A więc jednak mnie pamiętasz?! - Usłyszałem piskliwy głos dochodzący spod kupki książek.
    - Dlaczego miałbym Cię niby nie pamiętać? - Zapytałem przecierając nadgarstkiem zaspane oczy. Po chwili gdy Kuro wygrzebał się spod stosu i wylądował na środku stołu odpowiedział.
    - Wiesz, który dzisiaj dzień? - Zapytał. - Jeżeli się nie myle to chyba 46 dzień podróży. - Odparłem.
    - Bylibyśmy jakieś dwa tygodnie temu na Archeos ale statek przez około 16 lub 17 dni dryfował bezwładnie po morzu. Podejrzewam Miśka, Hakima i trochę nawet Adolaksa, że mieli coś w tym wspólnego. - Dodałem.
    - Mistrzu może zejdziecie na pokład? - Od drzwi wejściowych rozległ się ciepły głos Graga.
    - Jesteśmy na miejscu? - Zwróciłem się do kompana. - Jeszcze nie, ale dobrze żeby reszta zobaczyła mistrza. Spojrzałem w kierunku dopalającej się świecy i posmutniałem, myśl ponownego zobaczenia kompanów zapewne spotkałaby się z formą wyjaśnienia celu naszej misji.
    Dopiero po tych czterdziestu paru dniach studiowania dotarło do mnie, że niebezpieczeństwo jest znacznie większe niż przypuszczałem.
    - Grag, czy jeszcze macie do mnie żal? - Zwróciłem się do grubego rudego przyjaciela. Po chwili odparł wesołym tonem.
    - Oj tam dajcie spokój mistrzu, zawsze gdzieś znikacie a teraz to przynajmniej nas ze sobą zabrałeś. - Przerwał na chwile.
    - Dobrze jest widzieć część gildii znowu razem. - Dokończył nieco smutnym tonem i zapadła krótka cisza, którą przerwałem wpierw podchodząc do towarzysza.
    - Czy jeżeli byłaby możliwość, aby gildia znów istniała to chciałbyś do niej znów dołączyć? - Zapytałem spoglądając na zielony wizerunek wróżki z ogonem, który Grag nosił na lewej piersi.
    - Mistrzu… Nawet karczmę bym oddał za gildie. - Powiedział z olbrzymią powagą w głosie. Po tych słowach uśmiechnąłem się w środku, a w między czasie Kuro zasiadł na moim lewym ramieniu i wtulił się w biało niebieski futrzany kołnierz.
    - Chodźmy Grag do reszty. - Tak! - Dotarł z entuzjazmem w głosie, po czym odwrócił się w ciasnym korytarzu i czym prędzej całą...biec? W kierunku schodów. Przysięgam Wam moi mili, jak czułem jak statek zanurza się coraz bardziej z każdym uderzeniem nogi Graga o pokład. Wiedziałem, że Świetlisty Galeon to naprawdę wyjątkowy statek cesarskiej floty, ale nie wiedziałem, że dębowe ciemne deski będą w stanie wytrzymać ciężar biegnącego Graga. No ale cóż, w naszym świecie moi mili istnieją rzeczy, które nawet mnie się jeszcze nie śniły.
    Podążając wzdłuż ciasnego korytarza mijałem po kolei drzwi do kajut moich kompanów i reszty załogi, przy każdej przerwie między drzwiami była zawieszona świeca a pod nią małe pudełeczko z zapasem świec. Świetlisty Galeon mimo swej reprezentatywnej nazwy był statkiem bojowym także mogliśmy zapomnieć o oknach widokowych w naszych kajutach.
    Co prawda cały “blok” w jakim mieszkaliśmy wyglądał jak jakaś opuszczona piwnica, bez szczurów, pleśni, pająków i dziwnych zapachów. No ale coś za coś, jakby to powiedział mój dziadek, którego miałem okazję pierwszy spotkać powiedziałby, że “Nie można mieć wszystkiego” a potem by zapewne dodał “Ale można próbować”.
    - A więc to tu zaczyna się nasza historia. - Powiedziała Dynia zasiadając na werandzie. Kiedy ujrzałem na horyzoncie zarys ogromnego drzewa oraz jakże dobry zarys gór widniejącym na niebieskim niebie, wiedziałem, że od Archeos dzieli nas dzień. Wszyscy zebrani na górnym pokładzie w tym, znachorzy, alchemicy, badacze, inkwizytorzy, moi kompani przyglądali mi się z uwagą niczym jak na herosa, który unosi ostatnią chorągiew na polu walki by zagrzać serca kompanów do walki.
    - Jakie rozkazy? - Zapytał Rody, który stanął po mojej lewej stronie. Odwróciłem lekko głowę w jego kierunku i z uśmiechem powiedziałem.
    - Kiedy nasza misja się zakończy, wrócisz razem z nami do gildii.
    Nawet nie wiecie jaka furia malowała się na jego twarzy.

  • Kawałek Oceanu


    Wyjąłem z kieszeni zwój, który otrzymałem od Imperatora, kiedy go rozwinąłem emanował złotymi promieniami światła, które wpadały do oczu załogi. Po krótkiej chwili pokryłem zwój grubą warstwą lodu w taki sposób, aby emitowane promieniowanie skupiało się w jednym miejscu, nie minęła chwila kiedy to chwile później nad zwojem zmaterialiwał się kawałek niebieskiego kamienia, w którym płonął w środku małym złotawym płomień. Widziałem ten kamień setki razy a za każdym razem jego widok sprawiał, że traciłem siłę w nogach, a kolana same uginały się pod ciężarem ciała.

    - Jak to możliwe? - Rzucił pytaniem Rody, bez najmniejszego śladu zdziwienia w głosie.

    - Kamień oceaniczny przetrwał. - Stwierdziłem krótko. Rody zbliżył się do mnie i z gniewem głosie odrzekł.

    - Przecież zniszczyłeś go wraz z Virgilem. - Było to co prawda prawdą, lecz skoro kamień przetrwał to albo [D4C] musiał wytworzyć drugi kamień ze swojego świata lub kamień nie został zniszczony do tego stopnia aby nasze widmowe fale przepadły ale został uszkodzony na tyle aby nie móc ich wezwać.

    - Celem naszej misji jest odzyskanie brakujących kawałków kamienia przy okazji doprowadzając do złapania Augusta Steela! - Krzyknąłem do załogi. - Wrogowie zostali zauważeni na Archeos, najwyraźniej tam szukają pozostałości kamienia lub… - Przerwałem na sekundę. - Lub próbują znaleźć zamiennik.

    - To głupota! - Krzyknąłem Misiek wbiegając na górną werandę statku. - To niemożliwe aby kamień przetrwał, widziałem na własne oczy jak niszczysz kamień wraz z Virgilem! - Zapadła ponowna cisza, jedynie moi kompani zaczęli zbliżać się do werandy kiedy to reszta załogi patrzyła na nas w spokoju.

    - Dlaczego mieliby szukać kamienia?! - Krzyknęła Vera. - I to dlaczego na Archeos?! - Dodała.

    - Podejrzewam, że kamień jest swego rodzaju mapą. Oprócz możliwości kontrolowania widmowych fal, zawiera informacje odnośnie darów. - Powiedziałem spokojnym głosem.

    - Skąd Imperator miał część kamienia? - Vera skierowała pytanie do Rody’ego lecz ten milczał cały czas wpatrując się w projekcje kamienia a w zasadzie części kamienia.

    - Myślę, że widmowe fale miały być swego rodzaju obroną przeciwko tym co posiadają dary. - Stwierdziłem krótko, kierując tą sentencję do Miśka.

    - Lelusz nawet nie wiesz czy te dary w ogóle istnieją. - Odparł natychmiastowo z wyczuwalną nutą gniewu w głosie. Nie dziwie mu się ani reszcie załogi. Gdybym to ja na ich miejscu usłyszał, że wyruszamy na niemal drugi koniec świata za zwykłą plotką.

    - Misiek, dobrze wiesz, że nie zwariowałem! - Krzyknąłem do przyjaciela.

    - Mimi miała rację…- Rzekł smutny a ja… zwróciłem na to uwagę. - Jak to miała racje? - Zapytał z ogromnym przejęciem. Lecz Misiek nie planował odpowiedzi a raczej wbił w swoje spojrzenie gdzieś w załogę. Natychmiast gdy to zauważyłem spojrzałem na Verę, która stała schodek niżej lecz także i ona wtopiła gdzieś swój wzrok.

    Spojrzałem w stronę załogi i wodziłem oczami po twarzach kompanów, które unikały mojego wzroku.

    - Co wam powiedziała?! - Krzyknąłem w nagłym przypływie furii, łapiąc Miśka za fraki. - Co?! - Krzyknąłem ponownie szarpiąc go ale poczułem jedynie jak metalowa fula dotyka mojego lewego kolana.

    - Puść mnie. - Odparł chłodnym tonem, przy okazji rzucając we mnie tak zimnym i groźnym spojrzeniem, że po ciele przeszły mi ciarki. Po chwili puściłem go z pogardą i wpatrywałem się w jego lufę i… przypomniałem sobie dzień w którym zniszczyłem kamień. Wszyscy posiadacze fal, stracili je na zawsze. Ciężko jest mi to wyjaśnić ale fale były dla nas czymś niewidocznym przez całe życie, były z nami od samego poczęcia niczym anioł stróż, fale były nami i towarzyszyły nam uśpione mimo braku świadomości ich istnienia. W tamtym momencie… Kiedy Virgil eksplodował wraz z Kamieniem Oceanicznym każdy utracił część siebie. Najprościej wyjaśnię wam to moi mili to jak jakby ktoś przeciął waszą duszę na pół i zabrał połowę i tak się składa, że tej połowy nie da się zastąpić w żaden sposób.

    - Czy jeśli przywrócę falę, odrzucicie ten żal, którym mnie darzycie w środku serca? - Zwróciłem się do kompanów rozsianych po statku, lecz nastała chwila martwej ciszy.

    - Tęsknie za moimi chłopakami…- Wzruszył ramionami Misiek, oglądając się przez prawe ramię w stronę.

    - Ale nawet ich odzyskanie nie sprawi, że za każdym razem ruszamy ślepo za Tobą. - Dodał po chwili ciszy unosząc lufę na wysokość mojej głowy. Załoga podniosła się i zaczęła krzyczeć różne hasła mające na celu ostudzenie zapału Miśka.

    - To już nas przerasta Lelusz, przerosło to Namine, Voldina i całą resztę gildii, która wyruszyła w świat po jej rozpadzie. Nawet Mimi miała już Cię dosyć a teraz my. - Pochylił głowę w dół.

    - Misiek odłóż broń. - Powiedziałem łagodnym tonem powoli wyciągając lewą dłoń w jego kierunku, przez wyciągnięte ramię Miśka w moim kierunku zauważyłem Rody’ego wyciągającego powoli z pochwy swoją szablę.

    - Rody nawet nie próbuj! - Krzyknął Misiek. - W lufie jest pocisk z Pikrynu. - Chwilę po jego słowach na statku wybucha ogromna panika, załoga zaczęła biec w kierunku dzioba, Vera gwałtownym ruchem zdjęła miecz z pleców, Adolaks otworzył grimmuar i zaczął przygotowywać się na rzucenia zaklęcie. Nawet na twarzy zawitał ogromny strach.

    - Skąd... skąd wziąłem Pikryn? - Zapytałem strachliwym głosem. - Ukradłem podczas zatapiania Żelaznej Dziewicy.

    Nie sądziłem, że Misiek oszalał do tego stopnia aby ukraść pocisku z Pikrynu. Podczas walki w porcie na Wyspie Przemysłowej, pociski z Pikrynu czy też “Blask Jutrzenki” jak zwyczajowo zaczęła na nie mówić Inkwizycja, były pociskami wykonanymi z Pikrynu, materiału mineralno-metalicznego zdolnego pochłonąć ogromne ilości świętej magii. Do tej pory nie zbadano dlaczego Pikryn pochłania tych tą gałąź magii lecz sam w sobie jest bardzo niebezpiecznym minerałem.

    Pociski Pikrynowe są kondensowane aby zwiększyć siłę rażenia a w celu ich zabezpieczenia aby nie wywołały eksplozji w trakcie transportu czy wystrzału, pokrywane są płynnym Orichalconem z zatopionymi runami, dodatkowo lufy lub skrzynie są pokryte runami stabilizującymi gdyż nawet Orichalcom nie jest w stanie wytrzymać energii wytworzonej w czasie eksplozji. W zasadzie dziwię się, że Pikryn nie został wydobyty z Żelaznej Dziewicy. Minerał ten jest rzadszy i droższy od diamentów czy adamantium. Zapomniałem tylko dodać, że ów pociski w trakcie “wybuchu” rozpylają na dość dużym obszarze cząstki świętej magii przy czym doskonale sprawują się nie tylko w likwidacji z zastępów spaczonych lecz także utrzymują miejsce eksplozji od złych sił.

    - Jeżeli wystrzelisz, wszyscy na statku zginą. - Rzuciłem w kierunku Miśka tą skromną uwagę. - Pocisk jest mały, zginą wszyscy w promieniu 20 metrów. Reszta zatonię. - Dodał, nawet optymistycznie.

    - Misiek, rozliczysz się ze mną gdy tylko dopłyniemy, obiecuję a teraz odłóż broń.

    - Co za różnica… I tak wszyscy zginiemy na Archeos, on dobrze wie, kogo… - Nagle ręka w której Misiek trzymał lufę opadła wraz z nią na ziemię zaraz koło moim nóg, podniosłem wzrok i ujrzałem Rody’ego trzymającego zakrwawioną klingę w dłoniach. Misiek dopiero po chwili zorientował się co się stało gdy ujrzał, że brakuje mu połowy przedramienia.

    - Rody! - Krzyknęła Vera zrywając się z pokładu i płynnym skokiem wylądowała na werandzie, nie należy wspominać, że na pokładzie zaczęła panować coraz większa panika.

    - Misiek! - Krzyknąłem w stronę towarzysza gdy ten upadł na plecy i zaczął wyć z bólu, niespodziewanie zbliżył się ku mnie Rody, który rzucił we mnie morderczę spojrzenie, na tyle groźne, że poczułem jakby jego ostrze wędrowało bo moich plecach.

    - Każ go zamknąć. - Wyszeptał. - Jeżeli tego nie zrobisz na statku wybuchnie bunt, na którym twoi towarzysze będą nim dowodzić. - Spojrzałem na Verę próbującą zająć się miotającym się Miśkiem, po drugiej stronie schodów ujrzałem Lunę i Hakima próbujących wbiec na werandę. - Wszyscy łącznie z inkwizycją nie będą cię szanować, jeżeli go nie zamkniesz. - Dodał.

    - Misiek! - Krzyczała Vera próbując przytrzymać Miśka, Rody w tym czasie zdjął jego odciętą rękę ze spluwy i podał Verze, która przyłożyła ją do ściętego ramienia. Luna natychmiastowo zaczęła recytować zaklęcie a złote pierścienie zaczęły wirować wokół rany, powoli łącząc rozdzielone komórki.

    - Inkwizytorzy… Aresztować go…- Poczułem kłujący ból w piersiach na dźwięk wypowiedzianych przez mnie słów.

    - Co?! - Krzyknęła oburzona Vera. - Oszalał przez Kamień! Znalazł się za blisko!...- Lelusz jest głównym dowodzącym tej wyprawy na życzenie samego Imperatora. Podniesie ręki w jego kierunku jest równoznaczne z podniesieniem ręki na Jego Ekscelencje! - Wykrzyczał Rody, chwile po tym dwójka inkwizytorów zabrała Miśka z werandy. Hakim próbował szarpać się z Inkwizytorami lecz Rody błyskawicznie przyłożył mu jeszcze niewytartą klingę na szyi Hakima…