Przyklejony Konkurs Literacki "Groza" 2017 - głosowanie użytkowników

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Kontynuując jej przeglądanie, zgadzasz się na wykorzystywanie przez nas plików cookies. Więcej informacji

  • Konkurs Literacki "Groza" 2017 - głosowanie użytkowników

    Które prace powinny znaleźć się na podium? 95
    1.  
      7. (28) 29%
    2.  
      2. (25) 26%
    3.  
      11. (22) 23%
    4.  
      1. (21) 22%
    5.  
      12. (19) 20%
    6.  
      15. (18) 19%
    7.  
      14. (17) 18%
    8.  
      10. (14) 15%
    9.  
      3. (9) 9%
    10.  
      13. (7) 7%
    11.  
      5. (6) 6%
    12.  
      4. (5) 5%
    13.  
      8. (4) 4%
    14.  
      6. (3) 3%
    15.  
      9. (3) 3%
    Rada zadecydowała...

    Po strasznym głosowaniu i burzliwych obradach z puli ponad 50 prac wybranych zostało 15, które tajemniczością, grozą, strachem i nierzadko krwiożerczością znacznie wybijały się z tła pozostałych. Wasze jednak teraz zadanie, by pomóc Radzie ostatecznie zdecydować, które z nich są najstraszniejsze, najokrutniejsze i najgroźniejsze!

    Kilka zasad:
    • każdy użytkownik może oddać 3 głosy na najlepsze według niego prace, ukryte są one w "spoilerach",
    • w temacie dozwolona jest dyskusja o pracach, nie wolno jednak domniemywać, która praca do jakiego gracza należy, jak i sugerować, na którą pracę głosować,
    • zabrania się żebrania, proszenia o głosy - czy to w grze, czy na forum. Rada będzie bacznie pilnować, czy nie dochodzi do przekupstwa, próby rozpowszechniania swojej pracy, itp., i jeśli będzie miała jakiekolwiek uzasadnione wątpliwości co do danego autora - jego praca zostanie natychmiastowo zdyskwalifikowana,
    • w trakcie głosowania (i nie tylko) zabrania się tworzenia multikont na forum, coby miało dopomóc danej pracy w osiągnięciu pewnego miejsca. Przypomina się tym samym, że multikonta na forum są niedozwolone.



    1.
    Pokaż spoiler
    To był dzień inny niż wszystkie. W powietrzu czuć było zapach siarki, a cała wioska była spowita mgłą, którą wręcz można było przecinać.
    Mieszkańcy NosVille nie byli świadomi zbliżającego się zagrożenia. Tego dziwnego dnia, tylko jedna osoba miała złe przeczucia. On jeden wiedział, że nadchodzi coś złego,
    mrocznego, wręcz przerażającego. Był to nie kto inny, jak Ospałek. Ani na chwile nie mógł zmrużyć oka. Czuł, że coś się zbliża. Postanowił przejść się po mieście i sprawdzić, czy wszystko gra.
    W okolicy nie było żywej duszy, w oknach nie świeciły się światła. Na ulicy było widać jedynie samotnego Ospałka. Niepokój i przerażenie zaczęły tlić się w jego głowie.
    W pewnym momencie poczuł na ciele czyiś wzrok. Obrócił się, jednak przez mgłę nikogo nie widział. Szedł dalej, robiło się coraz zimniej, a ulice zdawały się nie mieć końca.
    Nagle Ospałek usłyszał kroki, powietrze stało się gęste. Nie wróżyło to nic dobrego. Panicznie rozglądając się na boki, zaczął biec. W jednym z pobliskich domów ujrzał światełko.
    - W domu Sorayi było widać światło! - pomyślał Ospałek.
    Popędził tam ile sił w nogach. Tuż przy samych drzwiach zdębiał. Wiedział, że ktoś za nim szedł, że ktoś go obserwował, że ten ktoś, nadal tam jest. Otrząsnął się i nie obracając się za siebie zapukał do drzwi.
    Na szczęście nie czekał długo. Soraya po chwili otworzyła. Widząc jego minę i twarz całą zalaną potem, wpuściła go bez wahania.
    - Ospałku, co się stało?! - zapytała zaniepokojona Soraya.
    - Nie wiem, nie wiem... - Ospałek wyglądał jakby tracił poczucie z rzeczywistością.
    - Czy coś nam grozi? OSPAŁKU! - coraz bardziej przerażona widokiem przyjaciela, złapała go za ramiona i energicznie nim potrząsała.
    W domu zgasło światło. Nastała ponura aura. Ospałek jakby uderzony w twarz, wrócił do rzeczywistości. Wziął Soraye za rękę i wybiegł z domu.
    - Ospałku! Co się dzieje!? Gdzie biegniemy? Ja... - Soraya wywróciła się, nie nadążała za ciągnącym ją za rękę Ospałkiem.
    - Wstawaj Soraya! Musimy biec do Mimi! Ona będzie wiedziała co zrobić. - Ospałek już wracał po siedzącą na ziemi przyjaciółkę, lecz kątem oka zobaczył, że z mgły wyłania się jakaś postać.
    - W Tobie cała nadzieja, musisz dobiec do Mimi. Powiedz jej tylko, że dzisiaj musi użyć "tego"! - nagle Ospałek ruszył z całych sił w stronę postaci, znikając z nią we mgle.
    Soraya przerażona całą tą sytuacją wstała i pobiegła w kierunku domu Mimi. Nagle usłyszała przeraźliwy krzyk. Modliła się, żeby to nie był krzyk jej przyjaciela.
    Mleczna mgła utrudniała drogę, stylistka straciła orientację. Błądziła po ulicach NosVille. Los jednak chciał, żeby trafiła do Mimi. Energicznym ruchem ręki, zaczęła dobijać się do drzwi.
    W domu mentorki również nie świeciło się światło. Soraya miała łzy w oczach. Po chwili ktoś otworzył. Różowo włosa postać wyłoniła się z ciemnego domu.
    - Soraya?! Co się dzieje?! - twarz Mimi spochmurniała, natychmiast wciągła do domu zapłakaną, trzęsącą się z przerażenia Soraye.
    - Ospałek... On uratował mnie! Ta mgła, postać... Coś złego się dzieje. Dlaczego nie ma świateł!? Gdzie są mieszkańcy?! - stylistka czuła się przytłoczona, jednak zrozumiała, że musi zebrać
    myśli i powiedzieć dokładnie co się stało.
    - Mimi, Ospałek kazał Ci powiedzieć, że musisz użyć "tego". Nie wiem o co chodzi, ani też co się dzieje, ale w wiosce jest coś bardzo złego. - Soraya opanowała myśli i przekazała
    wiadomość od przyjaciela.
    Różowo włosa zaczęła błądzić po pokoju. Powietrze stawało się coraz zimniejsze, a zło było wręcz wyczuwalne. Nagle stanęła.
    - To nie może być on... Przecież powinien być uwięziony. - mina mentorki stawała się coraz bardziej pochmurna.
    - Chodźmy, musimy iść po ten miecz. - powiedziała Mimi idąc w stronę szafy.
    Przesunęła ją w prawo, wywracając przy tym stojący obok stolik. Zza mebla wyłoniły się drzwi. Soraya bez zbędnych pytań wstała i pomogła Mimi przesunąć szafę.
    Schodziły po schodach w milczeniu. Soraya nie miała pojęcia o jakim mieczu mówi mentorka. Z kim mają do czynienia? Czy wioska jest w niebezpieczeństwie?
    - Soraya. - Mimi odwróciła się do przyjaciółki - To będzie Twoje zdanie, ja muszę udać się do Arcymagów, aby utworzyli nad NosVille tarcze, żeby on nie uciekł.
    Podała stylistce miecz. Soraya miała nadzieję, że to tylko zły sen. Ona? Walcząca?
    - Ale o czym Ty mówisz? Z kim mamy do czynienia!? - Soraya znowu nie wiedziała co ma zrobić, co się dzieje - Przecież musi być ktoś inny!?
    - Nie. Cała nadzieja w Tobie. Wioska opustoszała. On zrobił z nich swoich niewolników. Jack O'Lantern. - twarz Mimi wypowiadającej te słowa była poważna.
    Gdy Soraya usłyszała to imię... Jack O'Lantern, zdębiała. Zrozumiała o co chodzi. Bała się, ale wiedziała, że nie ma innego wyjścia.
    Chwyciła za miecz i nie patrząc na Mimi pobiegła szybko do góry. Miecz, który dzierżyła był najpotężniejsza bronią, jaką dotychczas wykuto.
    Połączenie kości pokonanego Draco oraz kła potężnego Kertosa. Tylko ten miecz mógł powalić tak silnego przeciwnika. Mgła lekko opadła, jednak powietrze nadal było mroźne.
    Soraya pobiegła od razu do centrum NosVille. To było najlepsze miejsce dla tego potwora. Stamtąd mógł obserwować całe miasto. Stylistka się nie myliła.
    Ukryta w krzaku, widziała go. Niepozorną postać. Nagle na ramieniu poczuła czyiś dotyk, był lodowaty. Przerażona odwróciła się.
    - Malcolm?! Co Ty... - poczuła uderzenie w brzuch - Jest opętany... - wyszeptała, kaszląc.
    - Wybacz przyjacielu! - uderzyła go rękojeścią w głowę, a ten padł na ziemie.
    - Jest tylko ogłuszony. - pomyślała.
    To nie był koniec. Mgła opadła i Soraya widziała, jak jej przyjaciele wychodzą z domów. Wyglądali jak bezmyślne zombie.
    - NIE POWSTRZYMASZ MNIE, MWAHAHAHA! - ten głos był jak uderzenie bicza - Twoi przyjaciele są już moi!
    Soraya odwróciła się w kierunku O'Lanterna. Ruszyła ile sił w nogach w jego stronę.
    - Straciłam ich... - pomyślała - Nie! Nie straciłam! Oni wrócą! JAK ZNISZCZĘ CIEBIE! - biegnąc w stronę O'Lanterna stanął jej na drodze Ospałek.
    - Ospałku?! - Soraya ledwo się zatrzymała.
    - O nie... Ty też. - twarz jej zbladła, wiedziała, że to przez nią Ospałek stał się niewolnikiem tego potwora.
    Zacisnęła ręce na mieczu, trąciła przyjaciela na ziemie i dotarła do źródła wszelkich problemów.
    - Giń i już nigdy nie wracaj! - wbiła miecz prosto w jego ciało.
    Jack zaczął się śmiać. Śmiał się tak głośno, że ziemia się trzęsła. Oczy O'Lanterna spoczęły na Sorayi. Stała przerażona trzymając w ręce miecz, którym przebiła jego ciało.
    Po chwili, zaczął się rozpływać. Wręcz się topił. Czarna maź była wszędzie. Ulatniający się z niej dym utworzył w powietrzu uśmiech. Przeraźliwy śmiech jeszcze raz rozniósł się po wiosce.
    Soraya opadła na ziemie. Wykończona całą tą sytuacją zasłabła. Obudziła się w łóżku, w swoim domu. Obok niej siedział Ospałek i Mimi, którzy nie ukrywali zadowolenia.
    - Soraya! Jesteś bohaterką! Uratowałaś wszystkich! - krzyknęli jednym chórem Mimi i Ospałek.
    - Nie uratowałam nas... On wróci. Widziałam to w jego oczach. - powiedziała z pochmurną miną stylistka. Oczy zaszły jej łzami.
    - Może wróci, ale wysłałam już Arcymagów, żeby się nim zajęli. - oznajmiła spokojnym głosem Mimi.
    Soraya spojrzała w okno. Zobaczyła słonce. Promienie nadziei i szczęścia. Wiedziała, że to nie koniec, że on powróci. Ale następnym razem będzie gotowa,
    żeby stanąć w obronie swoich przyjaciół i razem z nimi, ramie w ramie, stawić czoło O'Lanternowi.


    2.
    Pokaż spoiler
    Piękne lasy Ellionu od zawsze skrywały tajemnice, których poznanie kończyło się równie szczęśliwie, co i tragicznie. Niewątpliwie najbardziej urodziwym z nich jest ten, w którym rosną drzewa klonowe, mieniące się ciepłymi barwami podczas jesieni. Na równy podziw zasługuje las jodłowy, który zachwyca pachnącym igliwiem i rześkim powietrzem znad gór Krem. Jest jednak las, który nie zyskał przychylnej opinii wśród mieszkańców świata - Lorten. Przed tysiącami laty, las ten był niezwykle urodziwym skupiskiem drzew, który dawał schronienie wielu istnieniom i obfitował w plony, tak więc żaden jego mieszkaniec nigdy nie przymierał głodem. Niestety utopia nie mogła istnieć wiecznie i piękny niegdyś Lorten został spaczony przez siły ciemności, które zamieszkują w nim po dziś dzień.
    - ... A przynajmniej tyle pamiętam z historyjki, którą opowiadał mi mój dziadek. - Powiedziała Mimi, popijając herbatę.
    - Siedziba Hatusa pięknym miejscem? Nie może być! Odrzekł Poszukiwacz Przygód.
    - Cóż, jest to tylko opowieść, warto mieć jednak na uwadze, że takie bajeczki skrywają w sobie cząstkę prawdy. - Oznajmiła Mimi.
    - Zatem wyruszę na Glacernon jeszcze dzisiaj i dowiem się, co dokładnie się stało! - Rzekł Awanturnik, po czym podniósł swój miecz w górę.
    - Ah tak? A kto obiecał Ewie przy pieczeniu dyniowych placków na imprezę Halloweenową? Myślę, że nie byłaby ona zadowolona z faktu, że pobiegłeś w wir przygody, zamiast jej pomóc. Robi się już ciemno, zmykaj! - Cmoknęła Różowowłosa.
    - Masz rację, Ewa zasługuję na pomoc zawsze i wszędzie, dzięki niej możemy raczyć się smakołykami podczas świąt i przyjęć. Pomogę jej, a potem kurs na Lodową Koronę! - I wyszedł.
    W drodze do domu panny Energy, Poszukiwacza Przygód dręczyła myśl o lesie, który został zdegenerowany przez ciemność w niewyjaśnionych okolicznościach. Gdy już był całkiem niedaleko jej domostwa, wyczuł czyjąś obecność. Nagle zrobiło się przerażająco zimno, jakby ciepło było tylko wspomnieniem. Zimno chwyciło bohatera za rękę i przemówiło:
    - Niewiele czasu teraz mam, lecz wskazówkę Tobie dam. Odkryj to, co jest schowane, w mrocznej ziemi pochowane. On przywróci lasu światło, które niegdyś nagle zgasło. - Zjawa zniknęła.
    - Hej! O co chodzi?! Co jest tam ukryte?! - Wrzasnął Awanturnik. - Wracaj tu natychmiast, czymkolwiek jesteś! - Zaraz zwariuję...
    - Juhu! Pięknisiu! No nareszcie! Już myślałam, że będę zdana tylko na siebie. - Powiedziała Ewa. - Przynieś ze spiżarni wór mąki, bo jest on dla mnie za ciężki. W tym roku mamy znacznie więcej gości na imprezie, a wszystko dzięki Tobie. Pojednałeś anioły z demonami, mimo że nie było łatwo. - Odrzekła.
    - Dobrze, Ewo. - Odpowiedział z nutą przygnębienia Poszukiwacz i poszedł po mąkę. Spiżarnia była ciemna, pełna pajęczyn i śmierdziała nawozem wróżek, ale to nie zraziło bohatera, by siegnąć po główny składnik do wypieków. Wór był niesamowicie ciężki, nic więc dziwnego, że tak drobna panienka, jaką jest Ewa, potrzebowała męskiej ręki. - Proszę. - I po raz kolejny bez pozytywnego wydźwięku.
    - Coś Cię trapi? Jesteś jakiś rozchmurzony. Jeśli chcesz, możesz mi powiedzieć. - Powiedziała Ewa.
    - Mimi opowiedziała mi historię o lesie Lorten, którą opowiadał jej dziadek. Z niej wynikło, że las był niegdyś rajem dla wszystkich zamieszkujących go istot, lecz nagle został spowity mrokiem, tak po prostu. Nie wiadomo kiedy i dlaczego. Żeby było jeszcze ciekawiej, idąc do Ciebie zostałem złapany przez siłę pochodzącą najprawdopodobniej ze świata umarłych, ten lodowaty dotyk był straszny. Zjawa mówiła do mnie zagadkami, których nie zrozumiałem. Odkryj to, co jest schowane, w mrocznej ziemi pochowane. - Opowiadał. - Na sam koniec istota powiedziała, że to coś może przywrócić światło, które niegdyś zgasło. Tylko co to może być?
    - Nie mam pojęcia, ale dobrze, że to coś zwróciło się do Ciebie. Jakby wiedziało, że możesz pomóc. Aauuuć! - Ewa skaleczyła się w palec, krojąc dynię.
    Krople krwi, które spadły na kuchenny blat po chwili przybrały kształt kielicha, a po chwili wyłonił się z niego potwór o siedmiu oczach i zaczął demolować kuchnię.
    - Ewa, uciekaj! To strażnik Hatusa! - Ryknął Bohater.
    - Nigdy nie uda Ci się odnaleźć kielicha jutrzenki, już tego dopilnuję! - Krzyknął potwór, mimo braku ust.
    - A więc to jest ukryte w Lorten, odnajdę to, nawet jeśli miałbym pokonać legiony Lorda Hatusa, plugawa istoto! - Odrzekł Poszukiwacz, po czym machnął mieczem w strażnika i ugodził go w największe oko. - Potwór wybuchł, pozostawiając po sobie posokę atramentu.
    - Możesz już wyjść Ewa, zabiłem go. - Uspokoił pannę Energy bohater. - Musimy zatamować ten krwotok, bo mogą jeszcze wrócić. - Powiedział. Lekcje udzielania doraźnej pomocy medycznej u Calvina nie poszły na marne.
    - Płyń na Glacernon, dam sobie radę. Musisz odnaleźć ten kielich i zniszczyć zło zamieszkujące las. - Odrzekła Ewa z wdzięcznością za ratunek. - Tylko prędko, bo to ostatni kurs tego dnia!
    Awanturnik wsiadł na grzbiet swojego białego tygrysa i czym prędzej udał się w stronę portu Alveus. Ku jego radości Leika nadal czekała na pasażerów.
    - Muszę jak najprędzej dostać się na Glacernon, Leiko. Może nam grozić niebezpieczeństwo ze strony Lorda Hatusa, nie mam czasu na tłumaczenie! - Krzyknął.
    - Ma się rozumieć. Kotwica w górę! Kurs: Glacernon! - Poinformowała pasażerów pani Kapitan.
    Rejs na lodowaty ląd nie należy do najprzyjemniejszych, jest dosyć długi i męczący, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Do celu pozostała tylko godzina, ale im bliżej było do lądu, tym bardziej nasz bohater myślał o artefakcie, mogącym przywrócić Lorten do pierwotnego stanu. Kontemplował także nad tym, że armia Hatusa wiedząc o poszukiwaniach kielicha, może przypuścić atak na wioskę NosVille i zabić wszystko, co kochał. Miał przed sobą w myślach widok martwych przyjaciół, co za zgroza...
    Nareszcie statek dopłynął do upragnionego miejsca, bohater dosiadł pędzidrąga i poleciał w stronę tundry Bitoren, w którym znajdował się portal do mrocznego lasu. Na samym wstępie został przywitany odorem zgnilizny i widokiem szkieletów śmiałków, którzy chcieli się postawić Hatusowi. Poszukiwacz był święcie przekonany, że kielich znajduje się tam, gdzie sam Lord, więc udał się w stronę mrocznej szczeliny. Nie obyło się bez potyczek z pachołkami, podczas których został trochę pokiereszowany. Mimo, że silnie krwawił, dotarł do mrocznej czeluści, która ociekała jadowitozielonym szlamem, który cuchniał truchłem.
    - Hatusie, przybyłem po kielich jutrzenki, twoje panowanie na tej ziemi dobiega końca! - Powiedział Poszukiwacz Przygód.
    - Jeszcze nikomu nie udało się odebrać mi artefaktu, myślisz że Tobie jednak się to uda? Nigdy. - Oznajmiło olbrzymie oko.
    Zaraz potem pojawiły się trzy olbrzymie smocze łby, które zaczęły ziać ogniem w stronę awanturnika. Bohater uniósł miecz, pomodlił się w myślach do Ancelloan z prośbą o siłę i jednym cięciem zdekapitował bestie. Hatus był już bezbronny, Wybraniec ugodził go prosto w źrenicę, z której wypłynęła maź, podobna do smoły. Jednak zaraz potem z owej substancji wyłonił się szczerozłoty kielich. Chwycił artefakt i znowu poczuł lodowaty dotyk na swej dłoni.
    - Napełnij go krwią smoków, trzech smoków. One symbolizują lasy, które zostały stworzone przez Ancelloan, jednak Fernon uknuła spisek i pokryła las spaczeniem. Pozostałe dwa również miały wyglądać podobnie, ale dobra strona naszej pani zdołała powstrzymać tą złą. - Powiedziała zjawa.
    Bohater tak też uczynił, napełnił kielich krwią smoków, po czym rozbłysło światło i zatrzęsła się ziemia, z której nagle zaczęły wyrastać przepiękne rośliny. Ciała poległych nagle ożyły, a mroczna opoka zniknęła. Powróciło utracone niebo. Lodowata istota nagle stała się przyjemnie ciepła i odpłynęła, dziękując za pomoc.
    I tak skończyła się opowieść, mało Halloweenowa, jednak równie straszna.


    3.
    Pokaż spoiler
    Ah…
    Wioska Nosville. Dzień jak co dzień. Mijał standardowo. Krótki spacer wzdłuż zatoki, szukając pozostałości, jedzenia czy ubrań – generalnie, przydatnych rzeczy.
    Dla włóczęgi jak ja, ten „dzień” nie powinien rożnić się niczym. Wszyscy wydawali się być normalni. Calvin tradycyjnie – w stercie książek. Mimi potrząsała radośnie swoimi kocimi uszami, Eva przyrządzała swoje specjały a Soraya zbierała świecidła i inne tego typu pierdoły. Sielanka, można by rzec. Tego właśnie dnia, świat który ja – Ospałek, znałem, przestał istnieć.
    Właśnie. „Dzień”
    Wróciwszy do domu, a właściwie pod dom, pod którym miałem zwyczaj się chować w cieniu i rozkoszować wolnością, moje wiecznie zmrużone i zmęczone oczy po chwili odpoczynku same się zamknęły, a ja zapadłem w letarg.
    Wydawało mi się, że nie śpię długo. I tak właśnie było. Zwykle drzemię dwie, góra trzy godziny, a budzą mnie dzwony których echo, dobiegające z Alveus, obijało mi się o uszy. Cóż, ciężko było ich nie słyszeć. Ogromny huk żeliwa, który towarzyszył mi przez całe moje życie, zawsze o tej samej porze.
    Nawet nie wiecie, jak bardzo wtedy za nim zatęskniłem.
    Ale od początku.
    Znacie ten moment, kiedy budzicie się jakby ze śpiączki?
    Nie?
    No tak, przecież nie zdarza się to każdemu.
    Przez pierwsze dwie minuty nie kontaktowałem. Promienie słońca nie padały mi na twarz i nie wpadały specjalnie do oka, żeby wybudzić mnie ze snu. Nie wyglądało to jak dwunasta w samo południe.
    -Noc? – pomyślałem.
    Jednak nie, to nie była noc jaką znam – noce na wschodnim wybrzeżu są wilgotne, rześkie – zwykle czuć bryzę. To było jakby ktoś zamknął wszystko w wielkim słoiku bez dziur w wieczku. Duchota, mrok – żadna latarnia się nie świeciła. Nie sposób było usłyszeć radosnego krzyku i gwaru typowego dla poszukiwaczy przygód. Po chwili dopiero zorientowałem się, że jestem zlany potem.
    Wstałem.
    Szybkim krokiem udałem się pod pracownie braci Topp. Jak już powiedziałem- żadne światła się nie paliły, chodziłem więc po omacku parę razy wywracając się na twarz. Zawsze byłem niezdarą.
    -Teodor? Teoman? –krzyknąłem.
    Ta dwójka zawsze lubiła się kłócić. Jednak gdy zawołało się ich imię dwa razy, stawiali się oboje, nawet jeśli wybudziło się ich ze snu, z nadzieją na zarobek.
    Tym razem, tak jak wiele innych rzeczy, to się nie zdarzyło.
    Zrezygnowany udałem się w okolice rynku. Kręciłem się tak kilka godzin, wzdłuż pustych domostw. Nie słychać było wiatru, jedyne co słyszałem to szepty.
    Byłem jednak na co dzień ze swoimi problemami z głową, dlatego właśnie wybrałem zycie w samotności – by nikogo nie obarczać swoimi chorobami, toteż nie przejmowałem ani nie bałem się niczego – w końcu, nieraz słyszało się dziwne rzeczy.
    Nie kontrolowałem czasu. Nie byłem w stanie go określić. Księżyc schowany był za chmurami. Próbowałem go wypatrzeć jednak nic z tego nie było. Stanąłem przy studni wycieńczony, marząc by zaczerpnąć z niej wody. Pogrążony w półmroku oparłem się o płotek.
    -To tylko zwykła noc. Prawdopodobnie po prostu za długo spałem – próbowałem sobie wmówić.
    Nagle usłyszałem śmiech.
    Odwróciłem się do miejsca, z którego wydawał się dobiegać.
    -Mimi? – Do moich oczu zaczęło dobiegać światło z małej latarni, którą trzymała w trzęsącej się, zwiędłej jak kwiat ręce.
    Nie odpowiedziała.
    -To ty się śmiałaś? – jej oczy wydawały się być puste i jakby zamglone, jej ubrania były podarte, jednak ona stała w bezruchu.
    Znowu brak odpowiedzi. Cisza zadzwoniła mi w uszach.
    Usłyszałem kroki za swoimi plecami. Mimi wskazała na coś znajdującego się za mną palcem.
    -O co chodzi? Spytałem.
    Znów cisza… Postanowiłem się odwrócić.
    Cholera… Jaki to był błąd.
    Nie minęła chwila a odskoczyłem z wrażenia, zobaczyłem charakterystyczny, srebrny odcień włosów Calvina. Jego puste oczy wgapiały się we mnie i wwiercały, jakby chciał krzyknąć pomocy, jednak nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku.
    Nie minęło dużo czasu, a po mojej prawej znalazła się Soraya, Malcolm, Eva… Nawet dwóch braci Topp wyglądało na zgranych w tym całym szaleństwie.
    I te szepty, te cholerne szepty, z chwili na chwilę coraz głośniejsze, coraz bardziej wyraźne:
    „Nie żyjesz… Szaleństwo… Dzwony… Włóczęga…”
    I tak w kółko, i w kółko, i w kółko…
    -Potwory z pustymi oczami! –Dokładnie to krzyknąłem, zaś najbliższe mi osoby utworzyły wokół mnie koło. Stałem jak wryty i nic nie mogłem zrobić. Tylko te puste ślepia wpatrywały się we mnie…
    Nie byli zbyt ruchliwi. Szczerze, nie widziałem nawet, żeby oddychali. Ociężałe ręce wzniosły się do góry, wskazując na studnię – jakby rozkazując mi, bym do niej zajrzał.
    Powoli podszedłem do studni, jedynym źródłem świata były latarnie trzymane przez Mimi, Teomana, Calvina, oraz resztę…
    Powoli opuszczałem głowę, by cokolwiek w niej dostrzec.
    Wody było więcej niż zwykle. Miała jakby krwisty odcień. Dopiero po chwili zauważyłem, że nie mogę w niej dostrzec żadnego swojego odbicia, nawet zarysu.
    Przerażony cofnąłem się wpadając na Teodora.
    -Włóczęga. –Powiedział beznamiętnie.
    -Kłamca. –Powtórzyła Soraya.
    -Ding… Dong… -Wymamrotał Malcolm…
    Spojrzałem w niebo. Księżyc miał krwistą barwę, którego poświata delikatnie wyłaniała się tylko zza chmur.
    -Ding, dong… -Powtarzali wszyscy, wwiercając się pustymi oczyma we mnie.

    Usłyszałem dzwony;
    Ding, dong… Ding, dong… Ding, dong…

    Świeciło słońce. Leżałem w cieniu altany, którą doskonale znałem.
    Z oddali dochodziły do mnie dźwięki dzwonów.
    Spanikowany podbiegłem do Mimi. W mieście było pełno poszukiwaczy przygód, wszystko wydawało się być tylko snem. W amoku wykrzyczałem:
    -Mimi! Nie uwierzysz, co mi się przyśniło.
    Ta jednak stała tyłem do mnie. Wydawało mi się, że z kimś rozmawia, jednak było inaczej.
    Odwróciła się dopiero, gdy chwyciłem ją za ramię.
    Znowu ujrzałem te same, puste oczy.
    -Ding, dong… -Powiedziała…


    4.
    Pokaż spoiler

    Był piękny jesienny dzień, na łące leżała pewna młoda łuczniczka imieniem Sheala.
    - Taak, mogę tak leżeć tygodniami – wzdycha zrelaksowana. - Layla kochanie, a ty jak jak się
    bawisz?
    Sheala rozejrzała się dookoła, nagle dziewczynkę zaatakowało i wywróciło coś wielkiego,
    ciężkiego i puchatego.
    - Ej! Co jest, złaź ze mnie ty kupo mięcha – miota się bezradna łuczniczka. - Layla ty wredny
    kocie!!
    Layla to ukochana biała tygrysica Sheali z którą wychowywała się od urodzenia. Dziewczynka
    dostała ją od swojego ojca. Gdy już nasza bohaterka uwolniła się spod wiernej przyjaciółki udały
    się razem do braci Topp uzupełnić strzały.
    - Dzień dobry Teodorze i Teomanie, macie może dostawę nowych broni? - Zapytała wesoło.
    - A witaj – odparł Teoman.- Niestety nie dotarła karawana, ale zapytaj Teodora może on coś wie na
    ten temat, ostatnio słyszałem plotki, że na Górze Krem jacyś rozbójnicy napadają na dostawców.
    - Dziwne, przecież po zawarciu pokoju Catsy i Kovolów napady zakończyły się.
    - Tak zakończyły – odezwał się Teodor. - Ostatni atak miał miejsce w okolicach szczytu
    Zachodniego Kremu, niestety nikt nie przeżył tego, a z wozów zniknął wyłącznie Legendarny Łuk z
    rogu Mrocznego władcy Krainy Śmierci, podobno ta broń sieje postrach nawet w sercu samego
    Grenigasa i Fernon.
    - Legendarny Łuk? Hmm.. Nigdy o nim nie słyszałam, musimy się tym zająć.
    Sheala wskoczyła na grzbiet Layli i popędziły aby zbadać miejsce zbrodni. Znalazły wyłącznie
    fragmenty ślady krwi na piasku, po reszcie towarów nie było śladu.
    - Widocznie już ktoś zabrał wozy w bezpieczne miejsce. Ale spójrz to ślady! - Wskazała łuczniczka.
    Layla podeszła i powąchała trop, warknęła i wystawiła swoje białe, ostre jak brzytwy zęby.
    - Co się stało? Coś rozpoznałaś?
    Tygrysica podbiegła do dziewczynki, chwyciła ją za tunikę i wrzuciła na grzbiet. Skierowała się w
    stronę Wschodniego Kremu, zatrzymała się dopiero przy schodach prowadzących w podejrzane
    mroczne miejsce. Stopnie pokrywał czarny mech, a ściany szlam, powietrze było wilgotne i stęchłe.
    - Layla gdzie ty mnie zabierasz? - Spytała przerażona Sheala. - Miałyśmy tropić złodziei, a nie
    zwiedzać najmroczniejsze zakamarki Kremu.
    Bestia tylko spojrzała się na nią złotym okiem i warknęła cicho w odpowiedzi. Powoli ruszyła w
    dół schodów. Z kroku na krok mrok otaczał je coraz bardziej, ich drogę obserwowały ślepia
    czających się stworów. Gdy zeszły na sam dół Sheala nie widziała nawet końca swego nosa,
    wyłącznie ciepło ciała tygrysicy zapewniało jej poczucie bezpieczeństwa. A przynajmniej tak się jej
    wydawało. Ciszę przerwał złowieszczy rechot.
    - No no noo kogo my tu mamy? Jedna z podopiecznych obozu Mimi Mentor i jej kotek, czego tu
    szukasz dzieciaku? - Zapytał znikąd kobiecy głos.
    - Szukamy złodziei którzy napadli na karawanę idącą do NosVille– odpowiedziała dziewczynka.
    - Nie wiem o czym mówisz, ale nie powinno was tu być. Ten kto wchodzi do Lochów Shanera już
    nigdy się nie wydostaje, ale skoro już mnie odwiedziłyście zaopiekuje się twoim tygryskiem… Ma
    piękne futro, będzie mi pasowało. Brać ich!!! Tylko nie zniszczcie skóry tego kota!!
    W jaskini odbijało się echo dziesiątek kroków i groźne pomruki zbliżających się potworów.
    Wściekła Layla rzuciła się w pogoń za cichnącym rechotem. Biegła szybko, o włos mijając stwory
    wyskakujące z mroku. Shela kurczowo trzymała się futra partnerki i o mało nie spadła gdy ta
    przeskakiwała coś co przypominało gigantycznego pająka. Nagle coś ją uderzyło ją w bok, spadła z
    grzbietu wierzchowca, przetoczyła się kilka metrów i uderzyła w ścianę, a jej uszy wypełnił głośny
    pełen bólu ryk Layli.
    Sheala wyciągnęła błyskawicznie łuk i strzałę z kołczanu, strzeliła w górę, korytarz wypełnił się
    jasnym światłem, to co ujrzała zapamięta do końca życia. Otaczały ją dziesiątki potworów, ogromne
    czarne golemy, pająki wielkości wilków i szkieletory z szablami w rekach. Przez tłum ujrzała swoją
    przyjaciółkę która leżała bezwładnie przy ścianie, a jej futro szpeciła plama krwi, oraz golema który
    powolnymi krokami zbliżał się do niej. Gdy już dziewczynka miała ruszyć na pomoc poczuła
    uderzenie w tył głowy i straciła przytomność.
    Obudziła ją dyskusja którą toczył tajemniczy głos co kazał potworom gonić je, oraz inny którego
    nie rozpoznała.
    - Wy głupcy, mówiłam żebyście je pojmali, a nie prawie zabili!! - Osobą która wydawała polecenia
    była nieznajoma demonica, miała zakręcone czarne rogi, blond włosy i czarny ogon zakończony
    czerwonym grotem. - Patrz co zrobiliście i co ja teraz stworzę z tak zniszczonego futra?! Teraz do
    niczego się nie nadaje!!
    - Ale pani, inaczej nie zatrzymalibyśmy tej bestii, pędziła jak oszalała, a dziecko na jej grzbiecie
    było uzbrojone – drugim rozmówcą był golem którego widziała przy Layli.
    - Uhh tłumaczenia, dziecka się boicie? Nie mów nic!! Pozbądź się tego padła.
    Gdy słychać było oddalające się kroki dziewczynka podniosła się, niestety nie miała jak uciec,
    ponieważ była przykuta do ściany łańcuchem.
    - Layla kochanie gdzie jesteś? - Zawołała cicho.
    Odpowiedział jej pomruk z drugiego końca pomieszczenia oświetlonego pochodnią. Tygrysica
    siedziała w klatce, jej bok pokrywała krew, łeb miała zwieszony co oznaczało, że cierpi.
    - Nie martw się zaraz nas uwolnię.
    Sięgnęła do tyłu, jak się okazało zabrano jej łuk i strzały. I co ja teraz zrobię? Aha wiem! Sheala
    miała jeszcze jedną broń, sztylet zdobiony rubinami który zdobyła podczas jednej z misji od
    Alchemika Malcolma. Zniszczyła nim zamek od okowy na kostce.
    - A ty gdzie się wybierasz?
    Wystraszona Sheala podniosła wzrok, przed nią stała owa mroczna kobieta.
    - Kim ty jesteś!?
    - Ja? Jestem Erenia, bogini mroku i zła, królowa śmierci.
    - Dlaczego nas porwałaś i czego tu szukasz?! - Krzyknęła dziewczynka.
    - Przyszłam po to co mi ukradły złodziejskie Kovolty i przy okazji spotkałam ciebie i twojego kotka
    – uśmiechnęła się złowieszczo i wskazała na krwistoczerwony łuk mieniący się w świetle pochodni.
    - Czy to nie Legendarny Łuk o którym mówił Teodor?
    - To mój skarb który zdobił moją kolekcję od wielu lat, lecz pewien pies mi go ukradł i musiałam
    wyjść ze swojego królestwa i go odzyskać. Przy okazji zdobędę nowe futro…
    - Ty okropna…
    Powietrze przeszył głośny huk,Sala wypełniła się kurzem, a Shealę i Erenię oślepiło jasne światło.
    - Zostaw ją siostro! Uwolnij dziewczynkę i wracaj do swej mrocznej nory!
    - Zenas? - Diablica nie kryła strachu u zaskoczenia. - Skąd ty się wzięłaś?
    - Przeczucie, że znów knujesz coś złego.
    - Grr następnym razem odzyskam co moje! - Zniknęła.
    Dziewczynka widząc okazje popędziła do tygrysicy która leżała nieprzytomna w klatce.
    - Zajmę się nią – po tych słowach z dłoni Zenas wydobyło się światło, a na boku Layli została tylko
    czerwona plama po posoce. - Gotowe, a teraz uciekajcie do domu póki nie ma tu straży Erenii
    Po tych słowach Zenas zniknęła, a z nią jasne światło.
    - Dziękuje za uratowanie – rzekła cicho Sheala.
    Razem z przyjaciółka udała się w stronę wyjścia, jej wzrok przykuła broń na stole, wzięła łuk w
    ręce i zmierzyła
    - Przy okazji mam nową broń moja droga – pokazała ją dla partnerki, a ta mruknęła z uznaniem.
    - Nie tak szybko dzieciaku!!
    Z mroku wyskoczył wielki kościany wojownik. Layla rzuciła się na niego z rykiem i przykuła do
    ziemi. Sheala bez namysłu strzeliła z nowej broni w niego, siła uderzenia rozerwała stwora na
    drobne kosteczki.
    - Czas na nas Layla uciekajmy.
    Po długiej i męczącej drodze dotarły razem do miasta, lecz po tej przygodzie już nic nigdy nie
    będzie takie samo.


    5.
    Pokaż spoiler
    Smugi dymu unosiły się ku niebu, a deszcz cicho łkał kojąc rany ziemi. Popioły wirując opadały przykrywając zniszczenia, jak całun zmarłego. Stałam pośrodku, łkając cicho nad losem jaki nas spotkał. Bezkresne ruiny niegdyś potężnego i pięknego miasta rozciągały się w każdą stronę. Usłyszałam za sobą szelest kroków, odwróciłam się. Krzyk rozdarł ciszę, dzieląc na kawałki duszę. Mój krzyk...
    Obudziłam się, trzęsąc się ze strachu. To znowu się dzieje, znów mi się to śni. Wyszłam z łóżka, zerkając w lustro. Wyglądam tragicznie, zmierzwione poplątane włosy opadały mi na twarz a moje oczy czerwone i opuchnięte od łez skrzyły się na wspomnienie snu.
    Oblałam twarz zimną wodą, przecierając ją zastanawiałam się ile razy już to widziałam. Czy powinnam komuś o tym powiedzieć? Czy moje miasto i wszystkich ludzi czeka zagłada?
    NosVille nie może zostać zniszczone, to nie może być prawda. Ci ludzie oni nie mogą zginąć...
    Chwyciłam tunikę i łuk wybiegając z domu. Musiałam... Biegnąc przez klonowy las, raz po raz widziałam gołębie przebiegające między drzewami, wełniaki krzątające się przy swoich norkach. Las tętnił życiem, a za kilka godzin dzielni wojownicy wkroczą do niego po kolejne trofea i zburzą ten spokój. Wstrzymałam łzy, przyśpieszając skręciłam do portu Alveus, przebiegłam przez rynek, witając się z Margaret i Marvinem, omijając po drodze stoiska handlarzy. Gdybym nie była tak przejęta z całą pewnością zatrzymałabym się i kupiła coś nowego. Mój łuk nie był w najlepszym stanie a w tunice widać już było dziury. Nie mam na to czasu, nie teraz. Nim się obejrzałam stałam przed bramą miasta.
    - Witam w NosVille
    - Witaj, Pinto. Muszę iść...
    - Hola, a gdzie ci się tak śpieszy? Nie chcesz chyba żebym musiał cię zamknąć za zakłócanie spokoju w mieście.
    - Ja nie...
    - Moim obowiązkiem jest chronienie tego miasta, nie mogę pozwolić sobie na stratę czujności. Rozumiesz więc...
    Pobiegłam w kierunku centrum nie zważając na jego monolog, nawet nie zauważył że jego słuchaczka zniknęła. Skierowałam się na prawo, do domku Mimi. Mentorka na pewno mnie wysłucha, może wyjaśni mi co ze mną nie tak. Stała razem z Calvinem, dyskutując o rocznicy utworzenia miasta. Zapowiada się wspaniale, w końcu to 10 lecie istnienia miasta, ważna rocznica. Oby tylko wszystko się udało...
    Pierwsza zauważyła mnie Mimi, później Calvin.
    - Witaj kochaniutka! Cieszę się, że Cię widzę - uśmiechnęła się.
    - Witaj - rzekł spokojnie Calvin
    Poczułam się trochę niezręcznie, że musieli przerwać rozmowę. Nie chciałam im przeszkadzać, a już na pewno przerywać.
    - Coś Cie trapi, prawda? - spytała
    Kiwnęłam lekko głową. Trener zerknął na Mnie i z powrotem na Mimi.
    - Zostawię was same, panie. Porozmawiajcie, a ja przeszkolę młodzików. Właściwie zaraz tu będą, więc już sobie pójdę. Do zobaczenia.
    Skłonił się, otworzył książkę i ruszył przed siebie. Zastanawiałam się jak może tak iść zapatrzony w jej treść. Przyglądałam się chwilkę póki nie zniknął, na polach. Ciszę przerwała Mimi.
    - Chodź, napijemy się herbatki i opowiesz mi co się dzieje.
    Jeszcze raz kiwnęłam głową. Wchodząc do ogrodu, zabrakło mi tchu. Słyszałam, że jej ogród jest przepiękny, ale zobaczyć go na żywo to zupełnie coś innego...
    - Jak tu ślicznie...
    - Dziękuje - uśmiechnęła się - Chodź, usiądziemy na tarasie.
    Siedząc przyglądałam się krzewom róż czerwonych, białych, różowych, pełnych życia. Przed oczami nagle stanął obraz wysuszonych krzewów, spalonych i poskręcanych, obsypanych popiołem. Przetarłam oczy, wszystko było takie jak wcześniej, mój oddech przyśpieszył.
    - Mam nadzieję, że lubisz różaną herbatkę. Jestem pewna że poczujesz się po niej lepiej.
    - Dziękuję - wyszeptałam i zerknęłam w dół na swoje ręce. Byleby nie zauważyła moich łez.
    - Co się dzieje?
    - Nic... Nie powinnam zajmować twojego czasu.
    - Ohh, od tego tu jestem, no już - podeszła do mnie i przytuliła gładząc moje włosy. - Możesz mi o wszystkim powiedzieć.
    - Czy ja... Czy ze mną jest wszystko w porządku?
    Popatrzyła na mnie.
    - Nie wyglądasz najlepiej, ale nie widzę nic nie w porządku. - uśmiechnęła się
    - Ale chodzi mi wiesz, o te sny.
    - Wiem, skarbie. Widzę, że mocno Cię poruszył. Co się tam stało?
    - Ja... Ja widziałam upadek miasta, naszego miasta. Wszystko w ruinach...
    Popatrzyłam na Mentorkę, jej twarz skamieniała.
    - Kiedy? - wyszeptała
    - Nie wiem... Chyba w dzień święta chaosu. Nie jestem pewna...
    - Rozumiem, musimy udać się do miasta Orła Pustyni. Musimy się upewnić.
    - Dokąd, ale co to da?
    - Wróżbita z tego miasta pomoże nam zrozumieć... Idź do domu, zaczekaj tam na mnie. Wieczorem wyruszymy.
    Powłócząc nogami skierowałam się do wyjścia. Czułam się bezsilna, po raz kolejny moje przeczucia się sprawdzają. Jestem winna, to co mi się śni sprawdza się naprawdę... Jestem winna wszystkiego co widziałam. Łzy spłynęły mi po policzku, puściłam się biegiem do domu. Na skróty przez las, by nikt mnie nie widział. Bym ja nie widziała ich. Szybko przemknęłam do domu i zamknęłam drzwi. Potrzebowałam pobyć sama, rzuciłam się na łóżko, a łzy utuliły mnie do snu.
    Popioły... wszędzie ruiny, szarość tego miejsca przyprawia o dreszcze. Nie widać tu życia nie widać niczego co dałoby nadzieję nadzieje. I krzyk...
    Obudziłam się, ktoś pukał do drzwi. Nie miałam sił, żeby otworzyć, chciałam zostać sama. Zmusiłam się i zeszłam z łóżka, otworzyłam drzwi a Mimi rzuciła mi się na szyję omal mnie nie dusząc. Za nią w progu stał Calvin uśmiechając się delikatnie. Oboje ubrani w peleryny, gotowi do podróży.
    - Przepraszam, że Cię zmartwiłam. To co widzisz nie jest twoją winą, wszystko się ułoży. Obiecuję Ci. - odsunęła się
    Miałam łzy w oczach, ale nie dałam rady nic powiedzieć. Zabrałam swoje rzeczy i ruszyłam za nimi. Isalin czekał na nas z przygotowanym statkiem do drogi.
    - Witajcie, wszystko jest gotowe. To już wszyscy?
    - Tak, możemy ruszać. - rzekł Calvin
    Wypływając z portu patrzyłam na oddalające się światła miast, modląc się w duchu by to wszystko nie okazało się prawdą. Zeszłam pod pokład, czekała nas długa podróż. Mimo wszystko nie zamierzałam spać, nie chciałam przeżywać tego samego na nowo. Przesiedziałam całą noc, patrząc w bulaj*. Widząc wschodzące słońce wyszłam na zewnątrz. Calvin i Mimi stali rufie, patrząc na morze. Cicho rozmawiając. Rozejrzałam się dokoła, widok wschodzącego słońca na morzu był cudowny. Chociaż na chwilę pozwolił zapomnieć o koszmarach. Głęboko odetchnęłam, kierując się w stronę nauczycieli.
    - Dzień dobry
    Zobaczyłam zdziwienie na ich twarzach, oboje uśmiechnęli się i przywitali ze mną. Niewiele później zobaczyłam brzeg portu, jeszcze tylko chwila i dowiemy się czegoś więcej... Zeszliśmy po trapie w dół, czekał tam na nas Strażnik.
    - Przygotowałem dla was wielbłądy na dalsza podróż. Kilka godzin jazdy i będziecie na miejscu.
    - Dziękujemy - odpowiedzieliśmy. Wsiadając myślami byłam daleko, jazda minęła bardzo szybko. Rozglądałam się na boki, przy naszym mieście, to było oazą spokoju. Żadnych tłumów, żadnego przekrzykiwania, nie to co u nas przy bohaterach. Na skraju miasta znaleźliśmy Wróżbitę, w skupieniu patrzącego na kamienie.
    - Witajcie, jesteście wcześniej niż się spodziewałem.
    Skupił swój wzrok na mnie, przyglądając się przez chwilę.
    - Witaj - rzekł Calvin - Przybyliśmy do Ciebie prosząc o radę i wyjaśnienie. Czy poświęcisz nam swój czas?
    Popatrzył na Trenera.
    - Wiem, doskonale wiem z czym do mnie przychodzicie. Mogę wam pomóc, mogę pomoc jej.
    Skinął ręką na mnie. - Jednakże musi tam wrócić, musi zobaczyć całość przepowiedni. Nauką zajmiemy się później, otrzymałaś wielki dar...
    Mrucząc coś pod nosem, wszedł do namiotu.
    - Ej wy tam, czekacie na specjalne zaproszenie!!
    Zmieszani, z ociąganiem weszliśmy do środka, słyszałam szept Mimi mówiącej ze wszystko będzie dobrze. Panował tu straszny bałagan, wszystko walało się na półkach, a nawet na podłodze. Czaszki, kryształy, kamienie, flakony pełne płynów, wszystko zmieszane i rzucone.
    Skinął mi ręką bym usiadła.
    - Jesteś gotowa?
    - Chyba nie mam wyjścia...
    - Właściwe to tak.
    Krzywo się uśmiechnął. Wymówił kilka słów w dziwnym języku i dotknął mojej głowy. Otwierając oczy byłam znów w swoim koszmarze.
    Smugi dymu unosiły się ku niebu a popioły opadały wraz z deszczem. Ogień przygasał, ale dokoła nie było niczego. Wszystko zniszczone, powykręcane, w nienaturalnych pozycjach. Poczułam na sobie czyjś wzrok. Powoli odwróciłam się, krzyk wydobył się z mojej piersi. Stałam oko w oko, z diabłem. Jego czerwone ślepia przewiercały mnie po wskroś. Odchylił głowę, rycząc. Wezwał swoich, z za ruin wychodziły demony. Wyciągnął swe łapy w moją stronę...
    - Oddychaj, oddychaj, jesteś już z nami. Wszystko w porządku nic ci nie grozi.
    Zakryłam twarz dłońmi ukrywając łzy. Opowiedziałam wszystko co zobaczyłam, opisałam go jak najdokładniej.
    - Bóg śmierci... Calvinie, uprzedź wszystkich i każ przygotować się wojownikom. Nie pozwolimy zniszczyć naszego miasta. - rzekła Mimi. - A ty dziękuje, dziękuję Ci. Dzięki Tobie mamy szanse uratować nasz dom.
    Popatrzyłam na nią smutno kręcąc głową.
    - To ja to ściągnęłam... To moja wina.
    - Ty tylko to zobaczyłaś - rzekł wróżbita - My tylko możemy zobaczyć i próbować temu zapobiec.
    Zamknęłam oczy. Wpatrywali się we mnie z oczekiwaniem na odpowiedź.
    - Czy jesteśmy w stanie zapobiec temu co widziałam? Czy damy radę pokonać nadciągające demony?
    Wkrótce się przekonamy...


    6.
    Pokaż spoiler

    Od wielu tygodni Mimi Mentor oczekuje wieści od grupy Poszukiwaczy Przygód dowodzonej przez Legendarnego Łowcę, którzy wyruszyli do Tajnego Laboratorium położonym na Górze Krem. Celem wyprawy było odebranie tajnych wyników badań dotyczących prac nad pewnym organizmem żywym, którego odkryto w meteorycie na Terenie Kopalni. Coraz bardziej zaniepokojona losem grupy Poszukiwaczy Przygód postanowiła zorganizować misję ratunkową, by dowiedzieli się co tam się wydarzyło i gdzie są ludzie Legendarnego Łowcy, którzy zaginęli bez wieści. Starannie wybrani ochotnicy w skład, których wchodzili wojownicy, magowie i łucznicy. Osoby te wykazywały się niezwykłą odwagą i wytrzymałością. Zostali oni odpowiednio przeszkoleni przez Trenera Calvin'a oraz wyposażeni w najlepszą broń od Teoman'a Topp.
    Nazajutrz wyruszyli w drogę pełną niebezpieczeństw. Dzień był gorący i duszny. Nad terenami okolicy Góry Krem słońce prażyło bezlitośnie. Wypalone kępy traw nie chroniły przed słońcem i wszystko dookoła umierało z gorąca. Gdzieś w górze złowrogo brzęczały wielkie osy, które wściekle atakowały. Niewielu mieszkańców Nosville zapuszczało się w te odległe i niebezpieczne rejony.
    Złowrogą ciszę przerywał odgłos butów grupy stukających o kamienie. Coś wisiało w powietrzu...
    Grupa ochotników zbliżała się do podnóża Góry Krem. Przed wejściem na Mglistą ścieżkę ich oczom ukazało się wygasłe ognisko i resztki jedzenia pozostawione przez poprzednią grupę oraz ślady butów prowadzące do wejscia do labolatorium. Ostatnią przeszkodą z jaką przyszło im się zmierzyć przed wejściem do labolatorium było otwarcie ciężkich, żelaznych drzwi, które okazały się zamknięte. Mimo usilnych starań potężnych wojowników drzwi ani drgnęły. Dopiero pomoc magów (magicznym atakiem), okazała się skuteczna. Po otwarciu drzwi poczuli odór gnijącego mięsa i coś co trudno było opisać. Śmierć wisiała w powietrzu. Zanim ich wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zauważyli w oddali postać, która dziwnie się poruszała jak na człowieka. Dowódca dał znać grupie, aby się zatrzymała. Zwiadowca poszedł naprzód, by rozpoznać dziwną sytuację. Reszta podążyła ich śladem. Ich oczom ukazał się przerażający widok. Postać jaką zobaczyli była w potarganych łachmanach, targana spazmami, cała we krwi. Jeden z grupy (mag) podszedł bliżej, by nawiązać kontakt. Stwór rzucił się na niego z niesamowitą szybkością rozrywając tętnice szyjną. Reszta grupy podążyła z pomocą magowi- zadając śmiertelne ciosy przerażającej postaci. Ku ich zaskoczeniu potwór w ludzkim ciele dalej żył, żądny krwi. Strzał w głowę ostatecznie uśmiercił potwora. Zrozumieli, że mają doczynienia z żywymi trupami-ZOMBIE. Pomału docierała do nich prawda. Zauważyli, że zabity mag powraca do życia-musieli zareagować... W oddali usłyszeli odgłos nadciągającej hordy zombie, zwabionej odgłosami walki. Szybko wycofali się w boczny korytarz, by uniknąć losu swego towarzysza. Postanowili dotrzeć do pomieszczenia , w którym znajdowały się wyniki badań, żeby jak najszybciej dostarczyć je do Mimi Mentor. Niestety prowadził tam tylko główny korytarz i wiedzieli, że czeka ich ciężka, nierówna walka. Posuwając się naprzód poznali wśród zabijanych zombie, zaginione osoby, które były wysłane z misją po odbiór wyników badań.
    Wszędzie wokół leżało zgniłe mięso rozpadających się ciał, odrąbane, bądź rozpołowione głowy zombie, którym towarzyszy okropny odór.
    Gdy byli przed pomieszczeniem niespodziewanie z mrocznych korytarzy nadciągnęła nowa fala przemienieńców, spragnionych ludzkiego mięsa. Musieli odeprzeć ten atak, bo dokumenty, były już w zasięgu ręki.
    Dowódca poczuł nagle jak ostre kły wbijają się w ramię, rozcinając skórę i wyrywając tkankę mięśniową. Jeszcze zdążył zadać cios, powalając stwora na ziemię, następnie rozłupał czaszkę na pół, zanim stracił przytomność. Reszta grupy widząc co się dzieje i wiedząc, że niemogą pomóc, weszli do pomieszczenia, zabrali dokumenty leżące przy zwłokach jednego z pracowników laboratorium. Teraz ich głównym celem było wydostanie się wraz z dokumentami potwierdzającymi działanie wirusa na organizmy żywe. Po zabiciu reszty zombie spostrzegli, że spośród ich grupy przy życiu zostali we dwóch. Ich szanse zmalały na wydostanie się z laboratorium. Biegli, ukrywając się w ciemnych korytarzach, by oszczędzać siły na ostateczne starcie z hordą krwiożerczych zombie, które blokowały wyjście. Była to jedyna droga prowadząca do świata żywych.Musieli zaryzykować i postępując zgodnie z własnym sumieniem, by powiadomić wioskę o zagrożeniu. Przygotowali broń i ruszyli do ataku. Czas walki był zatrważająco długi.
    Obraz był straszny, lecz nie było już żadnych oczu, które mogłyby go oglądać, ani rąk, które mogłyby zebrać rozrzucone dokumenty z wynikami badań.


    7.
    Pokaż spoiler
    Zbliżało się Halloween. Całe miasteczko pogrążone było w przygotowaniach do największej przebieranej zabawy, jaka miała miejsce w NosVille. Przez ostatnie dni prawie wszyscy żyli tylko nadchodzącym wydarzeniem i przygotowywali swoje kostiumy. Tylko jedna osoba udawała, że nie interesuje ją całe to zachłyśnięcie się nowym zwyczajem. Siedziała cały czas na drzewie i obserwowała wszystko wokół. Z nikim nie rozmawiała, ale mówiono, że nocami szuka czegoś u stóp wulkanu..
    ***
    Nadszedł wreszcie tak długo wyczekiwany dzień. Wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik: dekoracje zagościły w NosVille, mieszkańcy użyli zwojów przemiany w najwymyślniejsze kostiumy – od słodziutkich króliczków i krzakogonów po przerażających stalowych oprawców. Całe miasteczko ogarnęła niesamowita aura. Przed domami stały wydrążone dynie i paliły się lampy. Bliźniacy Topp oraz Calvin przesiadywali w mieszkaniu Włóczykija i obmyślali plany podboju kobiecych serc podczas balu.
    Mieszkańcy zbierali się w NosVille, aby przetańczyć całą noc. Na balu zjawił się również mądry Malcolm. Wyglądał na nieco zdenerwowanego. Trzęsły mu się ręce, nerwowo przechadzał się pomiędzy gośćmi i unikał jakiegokolwiek kontaktu. Do czasu aż zaczepiła go Mimi. Przez krótką chwilę rozmawiali, a zdenerwowanie, które towarzyszyło Malcolmowi przeszło również na nią. Poprosiła zebranych o ciszę i rozpoczęła przemówienie:
    - Kochani! Wybaczcie, że przerywam zabawę, ale muszę Wam opowiedzieć o tym, co odkrył Malcolm. Może jednak lepiej będzie jak on sam się tym podzieli.
    Malcolm jeszcze bardziej zdenerwowany niż wcześniej poczuł lekkie zażenowanie.
    - Do-dobry wieczór.. – zaczął – Przeszukiwałem ostatnio archiwa naszego miasta. Znalazłem jego historię i stare kroniki. Na samym końcu mych poszukiwań do rąk wpadła mi pewna księga. Wyglądała na niezwykle starą. W środku opisana była le-legenda związana z okolicami NosVille, która głosi, że spokojne i bezpieczne miasteczko jest połączone magicznym przejściem z ta-tajemniczym laboratorium. Niby nic nadzwyczajnego, ale to przejście zostało za-zamknięte przez Lorda Mukrajutysiące lat temu. Od tego momentu duchy, zombie i istoty z innego wymiaru mają za złe późniejszym pokoleniom..
    - To zwykłe brednie! – krzyknął ktoś z tłumu.
    - Cisza! – uspokoiła wszystkich Mimi – To brzmi bardzo niewiarygodnie, ale… jest jeszcze coś. W tej księdze ukryta była – jak twierdzi Malcolm - mała tabliczka podpisana jako Kronika Akashica, na której napisane były starodawne zaklęcia, mogące obudzić zmarłych.
    - Tak, ale.. – urwał Malcolm
    - Ale co? – zapytała przerażona Soraya.
    - Ale ta tablica zniknęła..
    ***
    Nieznajomy ubrany w czarny strój z twarzą ukrytą w kapturze, tak że nawet nie można było rozpoznać jego płci, trzymał w ręku coś, co z wyglądu przypominało książkę lub jakąś tabliczkę. Stał nadmistyczną studnią i zaczął czytać:
    Duchy z podziemi ze snu wstać pora,
    A na powierzchnię niech wyjdzie każda największa zmora.
    Niech księżyc zgaśnie, aby mroczne plemię
    Mogło iść wygłodniałe przez te nasze ziemie.

    - Czemu nic się nie dzieje?! Dobrze.. Tylko spokojnie.. dalej..

    Wzgórza NosTale, drzewa i palmy
    Żywot NosGraczy jest strasznie marny.
    Weźcie te perły ciemności jako ofiarę,
    A krwiożercze zombie niech zjedzą Mimi i Sorayę!

    - Nadal nic? Halo? Potwory? Legendy..
    Nieznajomy wyrzucił perły do studni i odszedł rozmyślając nad tym, gdzie popełnił błąd. Gdy tylko zniknął za horyzontem, woda przybrała kolor oliwkowozielonej, zaczęła się wylewać a z wnętrza studni wyłoniła się czyjaś dłoń..


    ***
    W pobliżu słonecznych łąk i innych terenów nadal znajdowali się ludzie. Nie interesowała ich cała przebierana zabawa i woleli spędzić swój czas na zbieraniu doświadczenia. Bezbronni gracze zostali jednak zaatakowani. Potwór ze studni o czarno-białych skrzydłach przelatywał nad ich głowami i pozbawiał życia. Ci, którzy przeżyli, trafili do podziemi, zaciągnięci przez Świtę Fernon.

    Nieukończony Fernon dotarł również do miasteczka, gdzie trwał właśnie bal. Zjawa zaskoczyła mieszkańców, którzy skryli się w popłochu w swoich domach. W NosVille zgasły światła a ulice opustoszały. W miejscu, gdzie stał Olbrzymi Święty Kamień, teraz była ogromna dziura, przez którą wydostawały się przeraźliwe potwory: Garbaci, Wychudzeni, Wstrętni, Człapiący Strażnicy Zombie;Lunatykujące Duchy; Wojownicy, Łucznicy Trupiej Czaszki; Mroczne Castry; Olbrzymie Pająkii inne . Mimi i Soraya stały się celem umarłych. Nawet w swoich domach nie były bezpieczne – zombie przedostawały się i tam. Przestraszone zdecydowały się odpłynąć statkiem na wyspę. Liczyły na to, że w nowych przebraniach pozostaną niezauważone. To jednak na nic. Swojej przemiany nie mogły anulować z powodu klątwy Fernon. Były bezradne. Postanowiły biec ile sił w nogach. Przedzierały się przez stada oszalałych duchów i kościotrupów, aby dotrzeć na statek. W połowie drogi, tuż przed Portem Alveus Soraya została złapana. Nie potrafiła się wydostać z rąk krwiożerczych potworów, które ciągnęły ją w podziemia. Mimi zadecydowała poświęcić przyjaciółkę, aby sprowadzić pomoc.

    Przerażona Soraya błagała o pomoc, jednak nikt nie reagował. Wszyscy mieszkańcy zostali siłą zaciągnięci do podziemi, gdzie królował Nieukończony Fernon wraz ze swoją Świtą. Obok jego tronu znajdowała się specjalna balia, do której starą abisynką pompowano wodę ze skażonej studni. Każdego kogo zanurzono w wodzie stawał po stronie zła i przybierał wygląd rozkładających się zwłok. Ten los nie ominął również Sorayi. Jej piękna twarz zmieniła kolor na zgniłozielony, długie włosy wypadły, a ubrania wyglądały jak podarte szmaty. Fernon z każdą chwilą powiększał swoją armię nieumarłych.
    ***
    Na szczęście w porcie panował spokój. Leika oraz Isalin, które nie brały udziału w balu, były zszokowane opowieścią Mimi. Fabian Mróz natychmiast wyruszył na Glacernon, aby ściągnąć stamtąd wojowników, łuczników i magów do walki z siłami ciemności. Całej rozmowie z przerażeniem przysłuchiwała się również Eva.
    - Udało się! Udało! O nie.. – wykrzyczała do zgromadzonego tłumu, po czym zemdlała.
    Śmiałków nie było zbyt wielu, ale byli to najdzielniejsi gracze NosTale. Po przypłynięciu statkiem okazało się, że z powodu efektów nałożonych przez Fernon, nie mogą założyć żadnej z kart specjalisty. W tym czasie udało się ocucić Evę, która zdążyła wyjaśnić całe zamieszanie.
    - Chciałam Was nastraszyć.. To w końcu Halloween. Nie wiedziałam, że to wszystko się wydarzy. Pomogę Wam.
    - Już dość zrobiłaś – zaprotestowała Mimi – Te potwory porwały wszystkich mieszkańców, kto wie co z nimi zrobiły. Wielkie dzięki za taką pomoc.
    - One zostały obudzone perłami ciemności wrzuconymi do skażonej studni. Stamtąd czerpią swoją moc. Według legendy ich władca toNieukończony Fernon, pokonany przez Lorda Mukraju. Musimy udać się do Tajnego Laboratoriumi dowiedzieć się ze Zwoju Oświetleniajak go pokonać.
    - Nie zaszkodzi spróbować. Ale Ty – Mimi wskazała palcem na Evę – zostajesz.

    ***
    Dzielni wojownicy dotarli na swoich skrzydlatych koniach i smokach do laboratorium, które okazało się być całkowicie puste. Szybko odnaleźli pradawną księgę, w której napisano:
    Ten, kto duchy uwolni – nagrodę dostanie,
    Lecz tylko on zgładzić je będzie w stanie.
    Przygotuj potrawę z leczniczych ziół
    I wrzuć ją w skażony wodny dół.

    ***
    Eva zdobyła lecznicze ziołai przygotowała z nich niby-miksturę, którą zagotowała nadogniskiem. Najtrudniejsze zadanie jednak przed nimi – Eva jako królowa podziemi nie mogła pojawić się w NosVille, bo od razu zostałaby postawiona przed tronem władcy. Na szczęście amulety powrotu otrzymane od Malcolma wciąż działały. Eva wraz ze swoją grupą pomocników przeteleportowała się na Skalny Klif, gdzie znajdowała się skażona studnia. Wrzuciła kilka buteleczek z wywarem z leczniczych ziół, a jednego z nieustraszonych magów poprosiła, aby użył Spadającego głazui kamieniem zaklinował ujście studni. Rozległ się przeraźliwy płacz, ryk i zgrzytanie resztek zębów. Studnia zaczynała eksplodować. Magowie cały czas zrzucali kamienie w głąb studni, aż w końcu ziemia przestała się trząść. Cała grupa - z Evą na czele – udała się do NosVille, aby sprawdzić, co z mieszkańcami. Miasteczko było przeludnione. Wszyscy w swoich już normalnych postaciach byli cali i bezpieczni. Nawet mistrzowie gry zachodzili w głowę co tu się stało i co robili przez ostatnie kilka godzin. Każdy był przekonany, że to tylko straszliwy koszmar.
    Może lepiej nie mówić im jaka jest prawda?


    8.
    Pokaż spoiler
    Zrobiło się już ciemno, lecz mroki rozjaśniały liczne lampiony zrobione z dyń. Straszne, powykrzywiane twarze jaśniały ogniem świec, niosąc w ciemność swe upiorne oblicza. Nosville tętniło życiem. Na Halloween wyczekiwali wszyscy i teraz między domkami, przemykały ciemne postacie robiąc sobie psikusy i zbierając cukierki.
    Tom był ledwie Poszukiwaczem Przygód i to były jego pierwsze święta. Oczy świeciły mu się więc bystro, chłonąc te wszystkie wspaniałości, a z twarzy nie schodził uśmiech. Zaciskając w ręku pałkę, przygładził swoją niebieską tunikę i podbiegł do Mimi.
    – Cukierek albo psikus! – zawołał.
    Dziewczyna wlepiła w niego swe niebieskie oczy i uśmiechnęła się serdecznie.
    – Słodyczy u mnie dostatek.
    W rękach ściskała koszyk pełen słodkich cukierków.
    Tom aż westchnął, złapał całą garść, a potem jeszcze jedną. Wypychając nimi kieszenie poczuł się głupio.
    – Ahhh powinienem zostawić też dla innych… – spojrzał na nią zawstydzonym wzrokiem, lecz ona tylko się zaśmiała.
    – Bierz ile chcesz mam ich jeszcze całe mnóstwo.
    – Dziękuję – odparł rozradowany, upychając po kieszeniach kolejne cukierki.
    –Mimi? Kiedy wreszcie dostanę swój łuk?
    Dziewczyna poruszyła swoimi kocimi uszami.
    – Jeśli będziesz solidnie trenował to już niedługo.
    Tom posmutniał. Te treningi nie szły mu zbyt dobrze.
    – Ale… – dodała szybko widząc jego zasmuconą minę – dziś jest Hallowen. Dziś spełniają się życzenia.
    – Naprawdę?
    – O tak! Wystarczy tylko czegoś bardzo pragnąć.
    – Dziękuję! – odparł i pobiegł pędem przed siebie.
    Energia i nowa werwa szybko go jednak opuściły. To brzmiało naprawdę pięknie, tylko kto miałby spełnić jego życzenie?
    Zatrzymał się i rozejrzał się wokół. Wioska powoli pustoszała. Dostrzegł w oddali kilka poruszających się jeszcze cieni, ale otaczający go chłód uzmysłowił mu, że jest już bardzo późno.
    Kopnął leżący kamień i spojrzał na mroczną sylwetkę domu Mimi. We wnętrzu jarzyło się blade światło, a potem nagle zgasło. Dziewczyna poszła spać, nie mógł więc wrócić do niej i spytać o to kto miałby spełnić jego życzenie i dać mu łuk.
    – Ehhh… – westchnął.
    Było zimno lecz słodycze sprawiły, że bardzo chciało mu się pić. Podszedł więc do studni, złapał za wiadro i spuścił je do środka.
    – Ała… Uważaj proszę! – dobiegło go z wnętrza.
    Z trzepoczącym się sercem zajrzał do środka, lecz po za nieprzeniknionym mrokiem niczego nie dojrzał.
    – Jest tam kto? – zawołał do wnętrza.
    Już myślał, że to wyobraźnia spłatała mu figla, gdy dobiegł do niego odgłos chlupoczącej się we wnętrzu wody.
    – Jestem tu by ci pomóc… o tak, ja zawsze służę pomocą. Już od lat.
    – Naprawdę? – wykrzyknął rozradowany i rozejrzał się wokół.
    Był sam. Znów zajrzał do studni.
    – A dasz mi łuk? Taki z czerwonego drzewa, z mocną cięciwą?
    W ciemności coś się poruszyło. Tom pochylił się nad studnią jeszcze bardziej i skupił swój wzrok. Mrok zdawał się tętnić życiem, pulsować niczym wielkie, czarne serce.
    – Tak… Taaaak… – wypadło z mroku – Mam taki łuk. Wprost dla ciebie. Musisz tylko bardziej się pochylić. Muszę cię zobaczyć, by przemieć cię w łucznika!
    Tom jeszcze mocniej pochylił się nad studnią. Mrok zdawał się podążać ku niemu, pełznąć niczym chmura obrzydliwych robaków. W tej ciemności znów się coś poruszyło, a potem Tom poczuł wiatr obejmujący jego nową niebieską tunikę. Umysł mu się rozjaśnił, a wzrok wyostrzył. Zanim zdążył się zorientować co się dzieje trzymał już w dłoni wspaniały łuk z czerwonego drzewa. Za to na ramieniu zwisał mu kołczan pełen strzał. Zeskoczył ze studni i znów do niej zajrzał. Mrok jakby zelżał. Był w stanie zajrzeć do niej o wiele głębiej i chociaż wciąż nie mógł dojrzeć dna, wiedział już, że tajemniczego gościa już tam nie było.
    – Dziękuję – zawołał mimo wszystko.
    Ścisnął mocniej łuk i mimo nocy pomknął ku Słonecznym Łąkom. Odprowadziły go karykaturalne, powykrzywiane twarze dyniowych lampionów oraz straszliwy, trupi rechot, którego podekscytowany umysł chłopaka już nie usłyszał.
    Tom nie wiedział, czy to księżyc wyszedł zza chmur, czy też jego wzrok się tak wyostrzył, ale kiedy dotarł na miejsce swej wędrówki z łatwością dostrzegł majaczące w oddali pola ze zbożem. Chłopak minął dwie Słabe Trawiaste Mandryi wreszcie wypatrzył to czego szukał. Na skraju żwirowej ścieżki krążył dorodny Muflon. Tom sięgnął po strzałę i naciągnął na łuk. Był zachwycony. Jego ciało zdawało się podążać swoim własnym życiem. Nigdy nie szył z łuku, a teraz wszystko wykonywał wręcz instynktownie, jakby całe życie niczego innego nie robił.
    Trach….
    Strzała trafiła idealnie w cel. Muflon zatoczył się wysypując garść złota. Rozradowany Tom podbiegł szybko i zaczął napełniać nim kieszenie.
    – Nareszcie, nareszcie… – stękał w podekscytowaniu.
    Następnym celem został Duży Lis. Z niego też poleciało złoto i chłopakowi oczy rozbłysły. Szył celnie i coraz sprawniej. Strzały śmigały w mroku nigdy nie chybiając i Tom nigdy nie był aż taki szczęśliwy. Zupełnie zatracił się w kręgu upływającego czasu, zupełnie nie zauważając, że ta Halloweenowa noc, nie ma wręcz końca.

    ***

    Mimi Mentor ciągnęła za kołowrotek. Wiadro z wodą było ciężkie, a lina zatopiona w głębi studni zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
    – Oh Mimi! – doskoczył do niej Trener Calvin i szybko przejął robotę.
    Kołowrotek energiczniej zaskrzypiał.
    Mimi głośno westchnęła i otarła pot z czoła. Spojrzała na stojące wysoko na niebie słońce, które jak na tę porę roku prażyło niemiłosiernie. Wokół nich sterczały wypalone dynie, wlepiając w nich czarne, bezdenne twarze.
    – Wszędzie cię szukałem – rzucił zasapany Calvin. – Biegam od rana po wiosce bo wiesz, Tom zaginął. Może go widziałaś?
    – Tom? – powtórzyła wystraszona. – Oh nie… Był u mnie wczoraj po cukierki, ale potem szybko pobiegł ku centrum wioski.
    Calvin sięgnął wreszcie po wiadro, głośno stęknął i postawił je na brzegu studni. Przeczesał ręką swoje białe włosy i nerwowo przygryzł górną wargę.
    -Szukamy go od rana. Co roku w Halloween znika jakiś Poszukiwacz Przygód. Myślałem, że przynajmniej w tym roku będzie inaczej.
    Mimi wzniosła na niego smutne oczy. Kłębiły się w nich łzy.
    – Tylko nie Tom… bardzo go lubiłam.
    Calvin uderzył się w pierś.
    – O nie. Nie tym razem! Znajdę go choćby nie wiem co!
    Mimi podjęła jego entuzjazm.
    – Masz rację. Trzeba wreszcie rozwikłać tą zagadkę.
    – To co przeszukamy jeszcze raz centrum wioski?
    Dziewczyna przytaknęła.
    – Ruszajmy więc.
    Calvin napił się z wiadra zimnej, ożywczej wody, a potem oboje pobiegli ku centrum.
    – Wiesz Mimi. Zawsze zastanawiało mnie czemu po Halloween woda ze studni ma taki słodki smak.
    Mimi tylko wzruszyła ramionami. Nawet ona, choć miała bystry wzrok i długo pochylała się nad studnią, nie była w stanie na jej dnie dostrzec… niebieskiego kubraczka.


    9.
    Pokaż spoiler
    Pewna czarodziejka władająca przypływami, była na ścieżce kostek wraz ze swoją towarzyszką Fioną i zwierzakiem. Odpoczywała po pokonaniu matki kostek. Dziewczyna dawno nie widziała się z swoją znajomą Mimi Mentor. Postanowiła więc udać się do NosVille. Kiedy szła przez łąki widziała jak niedaleko wioski wszystko usycha a niebo staje się szare. Zapadł mrok i cisza. Fibi zdenerwowany pohukiwał. Wszędzie czuć było zapach zgniłego mięsa. Złośniki zaś zniknęły. Wszystko było owiane dziwną tajemnicą. W tej zazwyczaj słonecznej wiosce było czuć chłód i grozę. Czarodziejka szła dalej wraz z Fioną gdy zauważyła strażników którzy toczyli walkę ze sobą nawzajem. Chciała podejść lecz rzucili się na nią. Użyła pieśni syren by ich uśpić. Jej zdenerwowany zwierzak uciekł z powrotem na łąki a jego pani nie miała czasu by go gonić, ponieważ strażnicy mogli się obudzić. Wbiegła do pierwszego lepszego domu. W środku Calvin kłócił się z Sorayą. Bohaterka postanowiła ukryć się i podsłuchać ich rozmowy. Soraya krzyczała by Calvin przestał i opamiętał się. Słyszała donośny głos trenera który był bardzo zniekształcony. Bardziej przypominał ryk potwora. Później usłyszała huk i wyjrzała z ukrycia. Nikogo nie było. Oboje zniknęli lecz była pewna że ich widziała. Nagle coś złapało ją od tyłu za włosy. Była to Mimi która wyglądała przerażająco. Skóra cała szara poszarpana i gnijąca a jej oczy miały kolor karmazynu. Źrenice były bardzo zwężone. Patrzała na nią pustym spojrzeniem niczym oczyma gnijącej ryby. Zaczęła krzyczeć. Jej głos był podobny do Calvina. Popchnęła dziewczynę z całych sił. Czarodziejka wiedziała że nie jest to ta mentorka którą zna. Użyła tsunami aby odrzucić ją od siebie. Wybiegła, a Fiona zastawiła drzwi starym drewnianym wozem. Za nimi słychać było uderzenia w te stare i mało wytrzymałe drewno. Razem ruszyły przed siebie ile sił w nogach. Przez tę cała ciemność nie widziały gdzie biegną. Przerażona bohaterka gdy usłyszała głosy mieszkańców postanowiła schować się. Wszyscy jęczeli i chodzili bezwiednie niczym zombie. Wbiegła za drzewa niczym błyskawica. Wszędzie było ciemno a niedaleko niej znajdował się złoty posąg który wskazywał ręką na port. Wszędzie było coraz ciemniej a na ziemi rozchodził się zielony dym. Cofnęła się do tyły gdy zauważyła zbliżających się ludzi. Lecz gdy zrobiła parę kroków wpadła na coś. Było to silne drzewo zombie, wpatrujące się we mnie swoimi fioletowymi oczyma. Próbowało ja złapać a dziewczyna nie miała gdzie uciekać, ludzie byli już bardzo blisko. Wskoczyła do wody wraz z Fioną, płynąc na jej fali, dopłynęły do Seli Lusha. Nie mogły pojąc co się dzieje. Ten wielki majestatyczny kwiat był cały mizerny i czarny. Wszędzie było coraz więcej zielonej mgły. Obie osłupiały gdy zobaczyły Soraye która leżała na pobliskiej lilii. W jednej chwili były obok niej. Młoda czarodziejka objęła ją delikatnie. Była cała w siniakach i zadrapaniach. Bohaterka lekko nią potrząsnęła. Soraya obudziła się po chwili i zaczęła mamrotać jakieś niezrozumiałe słowa. Fiona zaś odsunęła się wąchając otoczenie. Czarodziejka zaczęła mówić do poszkodowanej by opowiedziała co się stało. Soraya gdy oprzytomniała opowiedziała jej cała historię o tym jak miasto zwariowało pewnego dnia gdy zebrała się wielka ciemność. Wpierw Catsy i plemię Kovolt zaczęli atakować miasto. Nie docierały do nich słowa ludzi. Nie mieli z nimi żadnego kontaktu. Ludzie po jakimś czasie również oszaleli z nieznanych przyczyn i zamieniali się w zombie. Potwory zaczęły atakować i stały się o wiele bardziej agresywne. Mówiła iż jej magiczna bransoleta ochronna obroniła ją przed stratą zmysłów. Opowiedziała jak Calvin znalazł przyczynę tej anomalii lecz nie zdążył się nią podzielić, ponieważ sam się zmienił. Jej w jakiś sposób udało się uciec od niego. W tym momencie Fiona zawyła z bólu zasłaniając nos. Soraya kazała bohaterce założyć bransoletę i prosiła by nieważne co się stanie nie wahała się i biegła przed siebie. Założyła tą bransoletę , a przyjaciółka w jednej chwili rzuciła się na nią. Fiona również natarła na bohaterkę. Jej skóra, ogon i oczy zmieniły kolor. Przemieniły się obie i gwałtownie atakowały. Czarodziejka zrozpaczona próbowała się bronić lecz nie chciała zrobić im krzywdy. W głowie miała słowa Sorayi i z łzami w oczach przywołała tajfun. Użyła zaklęcia bańki wodnej i wbiegła do wody. Poruszała się na samym dnie pogrążona w smutku. Nie wiedziała do kogo się udać aby jej pomógł. Szła tak długi czas, dopóki nie zauważyła iż dotarła na Glacernon. Wyszła ostrożnie na ląd. Tam powitał ją Fabian Mróz. Dziewczyna opowiedziała mu o zajściach w NosVille. Czarodziej zaskoczony odparł że nie występowały tu takie kłopoty. Dziewczyna zaczęła zastanawiać się co mogło być przyczyną tego koszmaru. Kiedy tak rozmawiali podszedł do nich chłopak. Mag Vulkano który właśnie wracał z długiego polowania na Lorda Mukraju. Gdy dowiedział się o sytuacji w mieście pstanowił pomóc dziewczynie. Przez chwile była obawa iż również się zmieni, lecz miał przy sobie maskę Azraela, która chroniła go przed negatywnymi efektami. Pożyczyli małą łódkę aby popłynąć do portu. Postanowili zbadać okolice i naprawić wszystko co działo się z mieszkańcami. Dziewczyna postanowiła udać się z nim do wioski i w jakiś sposób dostać się od tyłu do domu trenera i przejrzeć jego notatki, tak aby Mimi się nie zorientowała. Jak myśleli tak zrobili. Weszli od tyłu omijając po drodze szerokim łukiem wszystko co wyglądało podejrzanie. Dziewczyna cicho przeszła przez okno i rozglądnęła się. Przejrzała notatki na stole i z przerażenia zamarła. Wiedziała co było przyczyną. Wiedziała z kim musi walczyć. W tym momencie Mimi zauważyła ją, lecz czarodziejka wyślizgnęła się i zatrzasnęła okno. Szybko złapała Vulkano i zaprowadziła go jak najdalej, aby nie przyszli do nich niespodziewani goście. Bohaterka wiedziała już wszystko. Sprawcą tego był Jack O’Lantern. Chciał ponownie zapanować nad całym Nosville. W notatkach znalazła jakieś rysunki czerwonego kwiatu i nieczytelne notatki z jakąś miksturą. Było tam też coś o zielonej mgle. Kiedy tak łączyła fakty zrozumiała już gdzie się udać. Poszli przez Las klonowy i była coraz bliżej rozwiązania zagadki. Wszędzie było coraz więcej mgły. Zapach zgnilizny był coraz bardziej intensywny. Dotarli na skraj lasu klonowego i zobaczyła samego Jacka który wlewał dziwna miksturę do wielkich czerwonych kwiatów. Byłą to ta sama mikstura z książki Calvina. Gdy Jack zobaczył ich zaśmiał się i głośno ryknął. Wtedy grupę otoczyły Greylandery. Jack zniknął we mgle. Wszędzie było słychać jego śmiech. Czuła strach a wręcz przerażenie. Otoczyli ich z każdej strony. Postanowiła walczyć. Rzuciła jej najlepszą umiejętność czyli płetwala błękitnego. Lecz nic to nie dało. Vulkano również atakował lecz było to bezskuteczne. W pewnej chwili otrzymał potężny cios a jego maska spadła. W jednej chwili usłyszała jego krzyk. Jakby dusił się… Krzyczał by zniszczyła kwiaty. Wyrzucił w jej stronę parę płomyków ognia. Które zatrzymały się na jej dłoni lecz nie parzyły. Później stał się jak cała reszta, bezrozumnych zombie... Podniósł się i dyszał, nie był już sobą. Zmienił się…Nie był już jej sprzymierzeńcem. Użyła trzeciego gromu aby na chwile unieruchomić potwory, biegła w stronę kwiatów. Lecz Vulkano uderzył ją swoim mieczem magm. Bohaterka nie mogła się ruszyć. Brakowało jej paru centymetrów aby dosięgnąć kwiat ogniem. Była tak blisko, lecz zaczęło się jej kręcić w głowie. Przeciwnicy byli coraz bliżej a ona traciłam przytomność. Wszystko stawało się ciemne. Łzy poleciały po policzkach, a ręka starała się ruszyć lecz nie miała już sił. Wszędzie był ten potworny śmiech… tak strasznie chciała by ktoś uratował to miejsce… By uratował ich wszystkich… ostatnim tchnieniem prosiła o pomoc. I wszystko zgasło…


    10.
    Pokaż spoiler
    ***
    -Hej Alarius, zrób mi coś dobrego na obiad- westchnęła i usiadła.
    -Ymm.. Laoni?- zapytał - Czy Ty nie miałaś wrócić później?- Zdziwił się i ruszył w stronę kuchni.
    -Wiesz.. mamy tyle pracy.. Potwory nie dają nam spokoju. Dzisiaj miałam dużo zleceń, więc Smoczyca pozwoliła mi wrócić do domu. Korrieta przejęła pracę za mnie - odpowiedziała, czując zmęczenie napawające jej ciało, zamknęła powieki i zasnęła.
    -No dobrze, akurat byłem u Evy i kupiłem co nieco- wziął nóż do ręki i zaczął kroić zioła.
    Dzień wydawał się taki jak zwykle, lecz to co się wydarzyło zaskoczyło Laoni, Alariusa i nie tylko...
    Nagle ziemia zaczęła drżeć i mieszkańcy Nosville poczuli, że czeka ich coś strasznego.
    -A-alarius.. - poczuwszy trzęsienie obudziła się - co tu się dzieje?
    - Nie mam pojęcia, rozglądne się a Ty poczekaj. Schowaj się tutaj - wskazał wejście do małego pomieszczenia podobnego do schronu.
    -A co z Tobą? Gdzie idziesz?- spytała zaniepokojona.
    -Muszę ochronić mieszkańców, idź tam gdzie wskazałem.
    -Pójdę z Tobą!
    -Zostań.- Oznajmił i wyszedł.
    ***
    -Veltarox.. widzisz tą czarną chmurę? to.. to chyba nad Nosville..- powiedział Ingolf.
    -Jak to? Przecież nie dopuściliśmy potworów do terenów blisko miasta.. wszystko zrobiliśmy dobrze!- Odparł zmartwiony.
    -Prześlę tę informację Smoczycy przez komunikator. Nie mam pojęcia co teraz robić.
    Droga przewodniczko, nad Nosville panuje czarna chmura i mgła. Co powinniśmy zrobić? Proszę o szybką odpowiedź.
    Veltarox
    -Odpowiedź już jest:
    Udajcie się na wschodnie Słoneczne Łąki. Czekamy, tam obmyślimy plan. Lecz pośpieszcie się, mamy mało czasu. Niektórzy z nas zostali w Nosville.
    Smoczyca

    ***
    Na Łąkach zebrali się żołnierze. Strach ogarnął wszystkich bo ciemna mgła przysłaniała coraz większą część nieba. Co teraz czeka miasto Nosville?

    -Drodzy zebrani- rozpoczęła Smoczyca- sytuacja wygląda bardzo poważnie. Nie możemy tak po prostu wkroczyć do miasta. Nie jestem pewna co tam nas czeka. Choć bardzo chciałabym uratować moich bliskich... – w jejoczach można było zauważyc wzruszenie- wyślemy dwóch najodważniejszych łuczników na obserwacje terenu. Niewidzialni będą mogli zobaczyć, co się tam dzieje i pomóc. Z informacji wiadomo, iż Alarius i Laoni znajdują się w mieście. To ich najpierw trzeba odnaleźć. Są utalentowani, więc najprawdopodobniej dalej żyją. Szpiegami będą Korietta i Etilo.- po przemówieniu wskazała na dwójkę bohaterów.
    -Rozumiem, że niewidzialni musimy wkroczyć do Nosville, informować o sytuacji i uratować to, co możliwe?- spytała Korietta.
    -Tak, dokładnie. Ciągle kontaktujcie się z nami. W razie poważnego zagrożenia będziemy musieli wstąpić wojskiem do miasta- odpowiedziała Smoczyca.
    -Ruszajmy- powiedział Etilo - Ty idź od północy a ja pójdę od południa.
    Oboje skryli się płaszczem i po kilku sekundach byli już niewidzialni.
    ***
    Miasto osaczył mrok. Korietta mimo tego podążała w stronę mieszkania Laoni. W pewnym momencie potknęła się i upadła na ziemię. W okolicach karku poczuła zimny wilczy oddech... Ogarnął ją ogromny strach. Czuła się jak sparaliżowana... Niemiłosierny ból rozchodził siępo jej szyi. Nie zważając na niego, sięgneła ręką po sztylet, odwróciła się na plecy i przecięła bestię wpół. W oddali zauwazyła wiele małych czerwonych oczu, które zmierzały w jej stronę. Mimo poranionych nóg, rzuciła się do ucieczki. Wtem.. przed nią pojawiła się bardzo jasna postać. Korietta poczuła się jakby wchodziła do niebios. Dłoń wystająca ze światła chwyciła ją i przeteleportowała w zupełnie inne miejsce...
    -Już dobrze.. spokojnie.. to ja, Alarius.. pamiętasz mnie?- spytał troskliwie.
    -Tak.. pamiętam.. co się wydarzyło?
    -Użyłem swojej umiejętności i sprowadziłem Cię do podziemii Nosville. Tutaj znajdują się mieszkańcy, których udało mi się ocalić- pokazał Korieccie pomieszczenie. Znajdowało się tu tyle, ile zdołano zabrać. Kilka łóżek, krzeseł, dwa stoły i mało jedzenia. Gdy dziewczyna przyglądała się przestraszonym ludziom, podeszła do niej Holly:
    -Jak się masz? Pewnie okropnie, dlaczego pytam... Daj, opatrzę Ci rany- delikatnie przyłozyła ręcę w miejsca obrażeń.
    Zawyły wilki i zaraz potem zatrzęsła się ziemia. Alarius uspokajał ludzii zabronił imwychodzić na zewnątrz. Czyhałotam wiele niebezpiecznych kreatur; nie tylko Catsów, lecz też Kovoltów. Wydawało się, że byli sprzymierzeni z wszystkimi potworami na świecie... Alarius zaczął żałować, że nie zabrał Laoni ze sobą.
    ***
    Niczego nie można było dojrzeć.. ciemność ogarnęła dosłownie wszystko.. W niektórych miejsach, gdy się przyjrzało,można było zobaczyć jeszcze świeżą, spływającą krew, wisiały potargane ubrania... Ciągle czuć było zimny i okropny powiew. Etilo jednak mimo złych myśli podążał..
    -Gdzie ja w ogóle jestem.. - pomyślał- czy... czy to... jakaś kobieta?- podbiegł do leżącej pod ścianą budynku dziewczyny. Po chwili zobaczył, że to Laoni. Była nieprzytomna i blada. Delikatnie nią potrząsnał i spytał czy żyje. Oddychała. Etilo choć na chwilę poczuł ulgę...
    -Znowu wyją- usłyszał przeraźliwe krzyki- muszę zaprowadzić ją w bezpieczne miejsce. Schował dziewczynę pod pelerynę i we mgle udał sie w jedyne miejsce, gdzie można było wejść do podziemi Nosville.
    Wysyłam komunikat do wszystkich, jeśli ktokolwiek jest w podziemiach, proszę o otworzenie drzwi. Czekam z ranną Laoni i dwoma mieszkańcami.
    Etilo
    Chwilę po otrzymaniu zgłoszenia drzwi zostały otwarte. "Laoni, Laoni!!!"- głośne krzyki obudziły dziewczynę.
    -Już jesteśmy bezpieczni.. przepraszam, mój błąd, że Cię zostawiłem.- powiedział ze smutkiem Alarius. - Nic nie mów, połóż się. Laoni po tych słowach zamknęła oczy i usnęła.
    ***
    -Nie.. nie mogę tego tak zostawić, te krzyki! Ja muszę pomóc!- Laoni wyszła z ukrycia i wybiegła z domu. To był bardzo zły pomysł. Jesienny, ciepły poranek na jej oczach zamienił się w największy nieoczekiwany koszmar. Poczuła strach w sercu, widoczne było to też w oczach. Gdy tylko potwory ją zauważyły, zaatakowały. Boingi, larwy i golemy lawy kiedyś wydawały się jej takie łatwe do pokonania. Teraz... ich siła wzrosła stukrotnie. Mimo mroku, który ogarnął dziewczynę, użyła zaklęcia. Z nieba, które tego dnia było ciemniejsze niż kiedykolwiek, spadały gwiazdy, prosto na potwory. Promyki świetlne przezwyciężały panującą ciemność. Laonipomimo walki oberwała wiele razy. Wszystkie larwy pokonała dzięki swoim umiejętnością, stalowe kawałki po boingach walały się po ziemi. Okropnie śmierdziało. Zabite robaki wytwarzały zapach nie do wytrzymania. Ostatni cios! Leciał w stronę magiczki z niesamowitą prędkością. Zdążyła zabić cień, który zaatakował, lecz nie uniknęła zaklęcia. Zemdlała oparta o dom.
    ***
    Na Słonecznych Łąkach ludzie się niecierpliwili. W tym momencie Gujin zauwazył mężczyzne idącego szybkim krokiem.
    -Art! Nareszcie jesteś!- krzyknął- Smoczyca na Ciebie czeka.
    -Tak wiem.- Odparł- Smoczyco, dostałem wiadomość, że nasi przyjaciele znajdują się w podziemiach. Póki co, potwory o tym nie wiedzą. Ale nie możemy tak tu bezczynnie stać! Niedługo mogą zaatakować schrony.
    -Hmm..- zastanawiała się- no tak. Veltarox, poprowadzisz razem ze mną pierwszą armię wojowników. Gujin i Art staną z tyłu razem z łucznikami i magami. Musimy trzymać się razem, mimo wszystko. Potwory najprawdopodobniej zajęły sam środek miasta. Uderzymy z jednej strony, a ludzie z podziemia z drugiej.- opowiedziawszy plan, załozyła zbroję i hełm, i ruszyła na przód a za nią wszyscy...
    ***
    Centrum Nosville przeistoczyło się w piekło. Ze środka ziemi wypływała lawa, która była jedynym źródłem światła. Wychodziły z niej duchy, feniksy i inne ogniste stwory. W okół okręgu stała rada Covoltów i Catsów. Patrząc na twarze napastników widać było, że są szczęśliwi i pewni wygranej. Ichuśmiech jednak zniknął szybkopo zobaczeniu żołnierzy biegnących prosto na nich.
    -Nigdy wiecej!- krzyknął Veltarox i rzucił włócznią prosto w głowę Catrishy. Smoczyca używając ostrego miecza wymierzyła ognisty cios w stado Kovoltów! Nagle Art używając gazowego pocisku zrównał Catsy z ziemią, a Gujin lodową wichurą zamroził pozostałych! Mimo to, bohaterowie doznali sporych obrażeń.Wieluz nich miało poparzoną skórę i krztusiło się przez dym. Na pomoc z podziemii ruszyli Laoni, Korietta, Alarius, Etilo z pozostałymi mieszkańcami. Brali rannych do siebie i opatrywali. Gdy walczący nie mieli już sił, zastąpili ich. Tak piękne miejsce przerodziło się w krainę pełną krwi i zniszczeń. Wszędzie piętrzyły się stosy trupów
    Oddziały ze wznowioną siłą atakowały stwory do czasu, aż wszystkie zginęły...
    ***
    Czy od tego momentu Nosville będzie już bezpieczne? Siła w naszych rękach!


    11.
    Pokaż spoiler
    Z okazji zbliżającego się święta Halloween Mimi Mentor zorganizowała mini-konkursy dla wszystkich mieszkańców NosVille. Mogli brać w nich udział starzy i młodzi, ponieważ liczył się spryt i szczęście, a nie doświadczenie. Jeden z takich konkursów polegał na otwieraniu skrzynek latających Mimiców, które uciekały od uczestników i nie pozwalały im się dotknąć. Jeśli komuś ta sztuka się udała mógł zatrzymać zawartość skrzynki. W jednym konkursie wygrał nawet Malcolm! Główną nagrodą była wizyta w salonie fryzjerskim Sorayi Style, gdzie zwycięzca ma możliwość przefarbowania włosów tajemniczą farbą.
    Jedna konkurencja całkowicie zmieniła życie mieszkańców NosVille. Była to zabawa w chowanego. Wszyscy się bardzo na nią cieszyli i szukali kryjówek, gdzie nikt ich nie znajdzie. Wiecznie niezorganizowany Malcolm wpadł na pomysł, że schowa się w studni w NosVille. Jedyną osobą, która obserwowała jego poczynania był Ospałek. Odpoczywał sobie pod drzewem w pobliżu swojego domu i nie brał udziału w zabawie. Malcolm niestety miał pecha. Ukrył się w dużym wiaderku przywiązanym do liny, która pod wpływem ciężaru ciała zerwała się, a Malcom wpadł do studni pełnej wody. Przez długi czas próbował się wydostać, ale zszokowany bardzo szybko stracił przytomność. Ospałek usłyszał tylko plusk wody, lecz gdy podbiegł do studni niczego nie był w stanie zobaczyć. Malcolm przepadł bez wieści i pozostał po nim tylko zerwany sznur.
    Mieszkańcy, po usłyszeniu opowieści Ospałka, nie chcieli dać temu wiary. Malcolm jednak nie pojawiał się w NosVille i wszyscy zaczynali się niepokoić. Niejednokrotnie zaglądano do studni i zastanawiano się, gdzie mógł zniknąć i co mogło się stać z jego ciałem. Nikogo nie cieszyło już Halloween, ponieważ wszyscy mieli w pamięci tajemnicze zniknięcie Malcolma.
    Po kilku dniach w NosVille niespodziewanie pojawił się właśnie Malcolm. Nikt nie wierzył, że to właśnie on. Mimi Mentor żądała wyjaśnień, ale on sam nie do końca wiedział co się stało. Mówił coś o Wiedźmie Lartenie, Frankensteinie i innych potworach nie z tego świata.
    - Ale jak Ty się tutaj znalazłeś?! Gdzie byłeś tyle czasu? - Dopytywała Soraya
    - Naprawdę, nic nie pamiętam.. Przestańcie już pytać. Najważniejsze, że żyję. Cieszę się, że wreszcie Was widzę. – Uciął Malcolm – Mam dla Was niespodziankę. Dziś Halloween, a więc należy świętować.
    Malcolm wyjął ze swojego ekwipunku czarne i żółte dynio-cukierki oraz dyniowy syrop. Wszyscy rozkoszowali się przysmakami od Malcolma i nikt nie zastanawiał się, skąd on je wziął.
    Eva postanowiła wznieść toast - Niech żyje Malcolm! – wykrzyczała.
    Jedyną osobą, która nie piła napoju, był właśnie Malcolm. Po chwili wiadomo było dlaczego. Wszyscy mieszkańcy, zebrani wokół odnalezionego przyjaciela, w jednej chwili poczuli niesamowitą senność i padli na ziemię. W tym czasie z dna studni wyleciała na miotle Wiedźma Laurena.
    - Ha-Ha-Ha-Ha-Ha-Ha – zaśmiała się złowieszczo – Dobra robota, Malcolmie. Teraz wszystkich do studni! - rozkazała
    W głębi znajdowała się rezydencja Wiedźmy wraz ze specjalną przychodnią Doktora Maunusa. Będąc na jej usługach przeprowadzał swe szalone eksperymenty, używając do tego obiektu doświadczalnego.
    Mieszkańcy NosVille posłużyli jako dodatkowy materiał do doświadczeń. Doktor Maunus poczekał aż wszyscy wybudzą się z uśpienia i przystąpił do działań. Przerażające rzeczy działy się w jego drewnianej chatce. Wszędzie leżały zakrwawione bandaże i strzępyniewygodnego ubrania, na półkach stały słoiki ze świętą krwią. Maunus dokonał wielu straszliwych eksperymentów. Nikt nie zdołał uciec spod jego noża. Sorayę spotkał straszny los. Jej piękna głowa została ucięta w połowie szyi i zatopiona w formalinie. Wyłupiaste oczy spoglądały pustym wzrokiem na ciemne pomieszczenie, oświetlone jedynie pochodnią. Po odpowiednim czasie namaczania szalony doktor przyszył jej głowę do pleców. Soraya stała się przerażającym potworem i przez długi czas nie wiedziała jak powinna stać, żeby w miarę swobodnie się poruszać. Wszyscy byli przerażeni tym, co dzieje się tuż pod ich spokojnym miasteczkiem.
    Kolejnym celem byli bracia – Teodor i Teoman Topp. Doktor Maunus zardzewiałą piłą pozbawiał ich kończyn. Zostawił im tylko po jednej nodze i jednej ręce (Teoman miał dwie lewe kończyny, a Teodor dwie prawe), a następnie przypalił ogniem ich skórę na plecach, aby móc skleić ich razem. Krew bryzgała dookoła, a bracia krzyczeli z przerażenia.
    Po zakończeniu prac nad „upiększaniem” mieszkańców, Wiedźma Laurena wysłała ich wszystkich do NosVille. Przerażające monstra zaczęły siać zamęt i zniszczenie wśród graczy. Słabszych pożerały żywcem. Przeżyć mogli tylko najsilniejsi. Część z nich zdecydowała się uciec na wyspę Glacernon. Z pomocą Leiki i Fabiana Mroza dostali się na statek i bardzo szybko odpłynęli.
    Na lodowej pustyni życie było bardzo trudne. Po kilku miesiącach przebywania tam zaczynało brakować jedzenia i wody. Gracze myśleli tylko o przetrwaniu i zaczynali zabijać siebie nawzajem.
    Ocalić może ich tylko Tajemniczy Podróżnik, z którym toczona jest odwieczna bitwa. On – jako jedyny zna sposób na unicestwienie Doktora Maunsa i przywrócenie porządku w NosTale.
    Kilku śmiałków zdecydowało się błagać Podróżnika o pomoc, który okazał się bardzo łaskawy. Rozkazał graczom zorganizowaćtajemniczy pergamin orazstarą tablicę. Ta misja była niezwykle trudna. Po wielu poświęceniach i wyrzeczeniach graczom udało się pokonać potwory na Glacernonie i wydrzeć im potrzebne księgi. Dodatkowo zyskali kilka eliksirów ataku, które również oddali Podróżnikowi. Uradowany zapewnił swoich dłużników, których zostało tylko dwoje, że dzięki tym przedmiotom będą mogli uratować swoich przyjaciół poprzez cofnięcie czasu i zapobiegnięcie wydarzeniom. Gracze w zaciekawieniu przyglądali się czarom podróżnika. Nagle stała się rzecz, której nikt się nie spodziewał. Tajemniczy Podróżnik okazał się być zdrajcą. Wykorzystał bezbronność swoich wrogów i raz na zawsze się ich pozbył. Na samym środku Tundry Bitoren pojawiło się ogromne przejście, przypominające czasoprzestrzeń. Pozostali wojownicy zostali wrzuceni w to miejsce, gdzie do dziś czekają na uwolnienie. Niegdyś tęczowy świat NosTale został zniszczony, ostatni gracze przepadli na lodowej pustyni, a mieszkańcy NosVille błąkają się po mieście w postaci przerażających potworów.


    12.
    Pokaż spoiler

    Roz.1
    Wydarzenia, które w obecnym czasie zacznę opisywać, można potraktować jako relacje.
    Ostatnimi czasy w Nosville zrobiło się naprawdę szaro. Wraz z nadchodzącą jesienią nawarstwiło się sporo pracy, którą trzeba wykonać. Tak pewnego dnia Mimi poprosiła mnie o pomoc w sprawie domku znajdującego się gdzieś w Lesie Jodłowym. To opuszczony zamek, który od wielu lat straszy widokiem każdego, kto przechodzi niedaleko - szczególnie nocą.
    Od kilku dni, z tego co słyszała, dzieją się tam dziwne rzeczy typu mrugające światła z okien albo dziwne dźwięki dochodzące gdzieś ze środka, jakby pojękiwania. Normalnie wahałbym się przyjąć takie zadanie jednak prosi mnie o to Mimi. Wciąż staram się by zauważyła moje starania ale chyba mi to nie wychodzi, bo nadal nie zwraca na mnie szczególnej uwagi.
    Tak oto zostałem na pewien czas jakimś śmiesznym detektywem. Nawet dostałem od niej czapeczkę z daszkiem i fajkę. Udałem się do zamku co nie było proste bowiem był on położony w naprawdę grubym gąszczu tego lasu. Nie sądzę by ktokolwiek miał się tu zapuszać dlatego myśl, że ktoś słyszał takie głośne wycia z tego domu, nie wchodząc nawet głębiej do lasu wywołała u mnie gęsią skórę. Koniec końcow siedzę właśnie w tym miejscu i piszę ten dzienniczek. Ułożyłem się wygodnie dosyć blisko drzwi wejściowych, jednak nie sądze bym miał przyjemność z nich korzystać. Nie mógłbym się potem pokazać Mimi na oczy gdyby dowiedziała się, że jestem tchórzem. Tak... to miejsce jest przerażające jednak w kieszeni mam kilka zaklęć do wyciągnięcia w razie gdyby zrobiło się niebezpiecznie. Kompleks wygląda na totalną ruine jednak jak na swój wiek trzyma się solidnie. Na ścianach można zobaczyć poucinane ramy od obrazów, zdobione kolumny oraz inne cuda architektury. Noc jest w miarę pogodna i ciepła, więc nie musze martwić się, że świece, które ustawiłem dosłownie w całym wejściu zgasną. W jednym z pokoi na piętrze znalazłem bardzo stare książki. Dla zabicia czasu postanowiłem coś wyszperać w nich na temat historii oraz o właścicielach pałacu. Oczywiście, wyniosłem je jeszcze zanim się ściemniło. Tyle kurzu, ile znajdowało się na górze, nie widziałem w całym swoim życiu, a jednak już wtedy zaniepokoiło mnie to, że dół budynku jest w miarę posprzątany i poukładany jak na tak stary kompleks do którego ponoć nikt się nie zapuszcza. Tak czy siak muszę być ostrożny. Na jakiś czas odłożę dzienniczek i poczytam moją dość sporą lekturę wyniesioną z piętra.


    Roz.2
    Zrobiło się naprawdę późno a tu nic się nadal nie dzieje. Nie mówię, że chciałbym, ale powoli zaczynam myśleć, że wszystkie historie związane z tym domem to poprostu bujda. Właściwie to postąpiłem głupio, przychodząc tu samemu. Mogłem poczekać, aż ktoś z Nosville będzie miał trochę wolnego czasu i dopiero tu przyjść. Problem w tym, że była to pilna sprawa a jak to już wspominałem, nie jestem w stanie odmówić Mimi pomocy, eh...
    Po przeczytaniu wielu zapisków o tym domu muszę stwierdzić, że jestem lekko zdziwiony. Wyczytałem, że zamek był kiedyś obiektem kultu ludzi, którzy chcięli porozumieć się z czymś nie z tego świata. Wszyscy zaczęli się ich obawiać, bowiem to co wywoływali miało jakiś zły wpływ na okoliczny teren. Wszystko zaczęło obumierać. Nawet ludzie czuli się źle. Jeśli nawet tak było to w obecnym czasie wszystko trzyma się w miarę dobrze. Nie widzę żadnych anomalii, wokół obiektu porosło naprawdę sporo chwastów ,więc chyba nie jest tak źle. Musiało być to w takim razie naprawdę bardzo dawno.


    Roz.3
    Zrobiło się strasznie zimno... Jednak nie to jest moim obecnym problemem. W zamku gasną świece przez co tracę kompletnie widoczność. Najchętniej uciekłbym z tego miejsca, ale na zewnątrz jest tak ciemno, że nie mogę nic dostrzec. Jest jeszcze jeden problem. Ktoś lub coś kręci się wokół budynku. Wie, że tu jestem i chyba próbuje się zakraść. Kiedy wytężyłem wzrok, zobaczyłem tylko dwa białe punkciki w zaroślach. Może to jakiś pies albo kot. Zaczął szumieć wiatr, który spotęgował atmosfere niepewności. Szumy zlewają się w jedną wielką kakofonię. Pogoda psuje się kompletnie i boję się, że może zacząć padać.


    Roz.4
    Nie było innej opcji jak zaszyć się w głąb zamku. Na zewnątrz rozpętała się burza i nie można było usiedzieć już blisko drzwi. Przeciąg trzaskał nimi choć czułem, że coś jest nie tak. Podstawiając krzesła one wciąż się otwierały jakby ktoś je otwierał z zewnątrz. Przeraźliwy mróz ogarnął moje ciało. Dodatkowo jestem już pewien, że coś stara się niepostrzeżenie wkraść do środka. Być może już tu jest.
    Słyszę powolne stukania z piętra. Może jest ich więcej? Jedno jest pewne, nie ucieknę...
    Chociaż starałbym się wybiegnąć z domu to coś może mnie łatwo dopaść w ciemności lasu.
    Póki co siedzę w kuchni. Jest tu w miarę przytulnie i nie ma możliwości wejścia bez mojej wiedzy. Wejście to jedne drzwi... których będę pilnował jak swoje życie.
    Jestem przygotowany na wszystko i nie dam się tak łatwo przestraszyć.
    Cokolwiek tu nie wejdzie, poleci z dymem od mojej różdżki.


    Roz.5
    Ten budynek jest chory... Jestem przerażony jak nigdy w życiu. Podczas mojego pobytu w kuchni zrobiło się naprawdę cicho i na chwilę stres opadł. Wpatrując się w drzwi usłyszałem za sobą cichy krok. Straciłem kompletnie siłę do działania. Paraliż ogarnął całe moje ciało. To coś było tuż za mną...
    Odwracając powoli głowę, kątem oka zobaczyłem ciemną przezroczystą postać z białymi ślepiami i naprawdę a to naprawdę ogromnym uśmiechem, który był przyodziany kłami na całej rozciągłości ust. Tak po prostu patrzył się na mnie... Uciekłem z kuchni nawet nie próbując się bronić. Przebiegłem przez cały budynek i to właśnie był błąd. Prawdopodobnie największy jaki mogłem popełnić. Zgubiłem się, a próbując wrócić poczułem się jakbym chodził ciągle w te same miejsca. Wygląda to tak, jakby korytarze domu prowadziły mnie do miejsc, których one chcą. Największym jednak problemem jest to, że nie mam many...
    Kompletnie nie mogę rzucać zaklęć ani nawet wyczarować małego płomyka aby się ogrzać.
    Zostałem całkowicie obezwładniony. Bez mocy, jako mag, nie jestem w stanie już nic zdziałać, nawet miotaczem zaklęć. Spróbuje dostać się na piętro, ponieważ okna na górze nie są zakratowane. Może tam uda mi się wyskoczyć i spróbować zregenerować moc.


    Roz.6
    Nie wiem czy wyjdę z tego cało jednak udało mi się poznać kilka istotnych faktów z książek znalezionych w piwnicy. Tak, trafiłem do miejsca gdzie nawet w koszmarach nie śniło mi się, że się znajdę. Dziwne stworzenia zaczęły wrzeszczeć i gonić mnie po całym kompleksie. Myślalem, że to już koniec jednak zgubiłem je właśnie tu.
    Mają białe ślepia i przypominają lekko koaren. Wygląda to tak jakby strzegły tego miejsca.
    Nie wiem ile już tu siedzę, ale jedno jest pewne. Nie wyjdę już stąd...
    Dom otwiera czasoprzestrzeń do miejsca, w którym schowana została nienawiść Ancelloan. Po jej śmierci to w to miejsce została zepchnięta i zamknięta. Dawno temu kultyści szukając władzy zapuścili się na odmęty tych potworności. Prawdopodobnie sami padli ofiarą własnej chciwości.
    Jestem już wyczerpany psychicznie i fizycznie. Piwnice domu są równie ogromne co on sam, jeśli nie większe. Został on zbudowany właśnie na potrzeby ochrony tajemnic spoczywających jeszcze głębiej. Naprawde boje się iść dalej, ale jeśli zostanę tutaj to prawdopodobnie w końcu mnie znajdą. Muszę ruszać...


    Roz.7
    Jestem wykończony, dopadły mnie... Moja noga jest połamana, nie mogę już biec. Schowałem się w szafie w jednej z cel. Znajduje się tu dużo książek. Wszystkie opisują przebieg inkantacji tego czegoś... Słyszę jak węszą. Szukają mnie... Na samym dole słychać uderzenia, które rozchodzą się po całych katakumbach. Jakby coś nie mogło się stamtąd wydostać.
    Chce mnie dopaść, czuję to, woła mnie w nieznanym mi języku. Wysyła po mnie te zjawy, aby mnie odnalazły. Wydaje mi się, że już wiedzą nawet gdzie jestem. Czekają tylko już na wejście. Czuję ich. Są przed celą. To już chyba mój koniec... Trzymam na kolanach czapkę, którą dała mi Mimi i żałuję, że nigdy nie powiedziałem jej tego, co o niej myślę. Teraz odłożę mój dzienniczek i zacznę się modlić o bezbolesną śmierć.


    13.
    Pokaż spoiler
    Deszcz.

    -Musisz iść akurat dziś? Zostań ze mną, jest taka okropna pogoda… - W rzeczy samej. Pogoda pozostawiała wiele do życzenia. Deszcz i wiatr z godziny na godzinę coraz bardziej się nasilały. Było już ciemno, a Soraya nie lubiła przebywać w domu samotnie. W ramionach Calvina zawsze czuła się bezpiecznie.
    -Tyle razy mówiłem, żebyś przygarnęła sobie zwierzaka, a Ty zawsze mówisz…
    -No bo ciężko wybrać jednego spośród tylu ubiegających się o moją miłość! – Zrezygnowany Calvin tylko przytaknął szukając płaszcza w kufrze przy drzwiach.
    - Czy to był kpiący śmiech?
    -Niby gdzie? – Dziewczyna zalotnie zbliżyła się do chłopaka i wtuliła się tak, by jak najlepiej zapamiętać jego bliskość. – Kochanie, wrócę rano. Przez tą pogodę w porcie jest problem z rozładunkiem. W przeciwnym razie cała dostawa z Glacernonu może pójść na dno… - Delikatnie odsunął ją od siebie i spytał. – A chyba nie chcesz z rana iść na pole i walczyć ze złośnikami żebyś miała co włożyć do garnka?
    - Nie wzbudzaj we mnie tego rodzaju empatii! Dobrze. Nie martw się. Na pewno jakoś to przetrwam. –Wymienili pożegnalne pocałunki i wtedy Calvin opuścił chatę. W głowie Sorai jeszcze chwilę dźwięczał odgłos zamykanych drzwi. Nie było jednak jeszcze tak późno, by kłaść się spać. Usiadła więc w fotelu przed kominkiem i otulając się ciepłym pledem sięgnęła po książkę. Ciepło dobywające się z kominka tylko zapraszało do wtopienia się w świat lektury. Coś jednak nie pozwalało w pełni skupić się na powieści. Gałęzie w połowie już ogołoconych drzew nie pozwalały zapomnieć o zaawansowanej już jesieni. Uderzały rytmicznie jakby bały się, że dziewczyna zapomni o świecie na dworze. Nie był to jednak obraz przyjemny. Wolała śpiew ptaków i szum zielonych liści na letnim wietrze. Teraz jednak musiała zadowolić się kominkiem i zapachem herbaty.
    - Herbata! No oczywiście… Jak mogłam o niej zapomnieć… - Gdy zbliżyła się do kuchennego aneksu i rozpaliła w piecu wówczas ze strychu dobiegł przenikliwy dźwięk. Jakby ktoś zrobił parę kroków po drewnianej podłodze. Wpatrując się w ciszy w drewniany sufit czekała na powtórkę. „Przesadzam” pomyślała i postanowiła to zignorować. Czekając na wodę patrzała w ogień i rozmyślała o tym co robi Calvin oraz czy faktycznie sztorm jest aż tak silny.
    Gdy z gotową herbatą usiadła znowu w fotelu poczuła jak bardzo jest senna. Wtuliła głowę w oparcie i podziwiała ogień. Żywioł. Jest tak piękny. Jest hybrydą dobra i zła. Niszczy i tworzy… Jej powieki głaskane ciepłem płynącym z kominka stawały się coraz cięższe. Aż w końcu się zamknęły.
    Znowu.
    Ten dźwięk kroków. Soraya zdezorientowana rozejrzała się w okół. Ogień przygasał, herbata była już zimna. W pokoju nie było już tak jasno jak wcześniej lecz wskazówki zegara były wystarczająco widoczne, by zobaczyć, że wskazywały punkt trzecią. Rozciągając się ziewnęła i wstała. Z kocem na plecach dorzuciła do ognia i poprzerzucała zwęglone już drewno pogrzebaczem. Coś jednak zaprzątnęło jej myśli. Z niepewną miną spojrzała na swoją dłoń, w której dzierżyła metalowe narzędzie i spojrzała w kierunku okna. Niepewnie zbliżyła się w jego stronę. Gałęzie nie uderzały już o szybę. Mimo to wszystko inne wskazywało na to, że pogoda od paru godzin była niezmienna. Odsłoniła firanę i wtedy cały krajobraz niewyobrażalnie się rozświetlił. Soraya aż podskoczyła gdy ogarnęła, że uderzył grzmot. Po chwili pojawił się również równie potężny dźwięk, przypominający łamanie starych gałęzi. Wystraszony odskoczyła od okna i próbując otrząsnąć się z tego obrazu odwróciła w stronę serca domu. Wtedy dźwięk kroków ponownie nawiedził jej uszy…
    - H-halo? – To było już podejrzane.” Ja rozumiem, że meble się przesuwają… Ale to nie jest mebel tylko jakieś ciężkie buciory. „ Pewniej złapała pogrzebacz i ostrożnie zaczęła przesuwać się w stronę drzwi. – Jest tu ktoś? –Powoli obserwowała każdy metr małego domku od lewej do prawej. Nie zarejestrowała jednak nic niepokojącego. A dźwięk dochodził jakby z pomieszczeń na dole. –Wiem, że tu jesteś. Odezwij się! – Walka ze schnącym gardłem trwała, podobnie jak ze strachem, który narastał z każdą sekundą. Wtedy też ponownie zagrzmiało, burza była już tuż nas NosVille. Wszystko wskazywało na to, że szła z północy… Rosnące ciśnienie utrudniało skupienie się na otoczeniu. Tętno krwi było słyszalne już w uszach, a walące serce jakby miało zaraza wyrwać się z piersi dziewczyny. Nie mogła już mówić. Strach, który nie miał realnego wytłumaczenia coraz bardziej ogarniał jej ciało. Dziewczyna spojrzała w stronę aneksu. Ogień w piecu gasł. Dlaczego nie ugasiła go wcześniej? Spojrzała w głąb chaty. Jej uwagę przykuło coś ciemniejszego od cienia, który doskonale znała. Wśród jaśniejących i ciemniejących blasków ognia dostrzegła niespójność. Cień się ruszył. Ta przylgnęła do ściany. Koc zsunął się jej z pleców odsłaniając pogrzebacz, który dziarsko podniosła oburącz. – Nie zbliżaj się! – To jednak nie powstrzymało postaci przed zrobieniem kroku. Mroczny dźwięk, który powtórzył się już kolejny raz teraz wydawał się być pewniejszy. –Mówiłam coś! – Ta zrobiła kolejny krok w stronę drzwi jakby widząc w tym jedyną deskę ratunku. Postać jednak nie pozostawała dłużna. Nadrobiła dystans kolejnymi trzema odsłaniając tym samym swój obraz. Czarna jak smoła dwumetrowa postać z kończynami długimi niczym te u pająka, a twarz… O ile można to nazwać twarzą… Jedynie dwa małe iskrzące się jarzącym białym półblaskiem punkciki… - Czym jesteś!? – Soraya poczuła na plecach ucisk. Wtedy też zobaczyła jak postać wbija w nią spojrzenie i robi kolejne, można rzec śmiertelne kroki w jej stronę. Nie słyszała już nic poza krwią która z zawrotną prędkością przemierzała jej krwiobieg. –ZOSTAW MNIE! – Wbijający się w plecy przedmiot był klamką, szybką ją przekręciła i nie bacząc na zagrożenie wyskoczyła na dwór. To były sekundy. Miała zamknęte oczy. Poczuła czyjąś rękę na plecach.
    - Soraya, wszystko dobrze? – Ostrożnie otworzyła oczy. Przed nią stał Calvin. Rzuciła mu się na szyję całkowicie zapominając o przedmiocie, który wciąż miała w ręku.
    Było już całkowicie jasno. Ptaki wesoło śpiewały, a Soraya spojrzała na to co dzierżyła w dłoni.
    Czarną, powykrzywianą gałąź.


    14.
    Pokaż spoiler
    „Cel misji jest dość prosty. Waszym zadaniem jest przejście przez opuszczone laboratorium w celu odnalezienia magazynu Radala. Macie sprawdzić jego zawartość i ewentualnie zabezpieczyć ścieżkę do niego. Co możecie uznać za istotne? Wszystko, co pomoże w walce z demonami. Zniknięcie Tajemniczego Podróżnika przysporzyło nam więcej kłopotów niż mogłoby się wydawać. Odziały włóczników zaczęły atakować łąki Nosville i kopalnie Kovolt. Mało tego mieszkańcy Zaginionego Archipelagu Cylloan zaczęły przedostawać się w niezliczonych ilościach na tereny Seli Lusha. Potrzebujemy broni i wiedzy. Radal badał czasoprzestrzeń, to może być nasza jedyna szansa. Misja jest ściśle tajna, poza wami wiedzą o niej Anni, zarządca NosObozu na Górze Krem i Doggo, jej kompan. Porozmawiajcie z Anni w celu uzyskania dalszych instrukcji.

    Starszy Arcymag Ognia, Saneshi.”

    Poniedziałek, 30. października. Ranek, pierwszy dzień wyprawy. Zgodnie z poleceniem arcymaga i wskazówkami Anni udaliśmy się w stronę laboratorium. Mam ze sobą krzyż Grahama. Ponoć dostał go od samej Bogini Zenas. Posiada on moc odpychania demonów, może się przydać. W ostateczności różaniec ten przyda się by zmówić ostatnią modlitwę. Zaraz wyruszamy. Ja, Doggo, Balentin i jakiś szermierz. Nie znam go właściwie, dziwny typ. Jednak machać szpadą to on potrafi. Widziałem go w akcji podczas podróży z oddziałem przez Ruiny Piekła. Balentin jest utalentowanym magiem, jednak nie jest on magiem bitewnym. Mam nadzieję, że jego zdolności światła zdadzą się coś w walce z nieumarłymi.

    30. październik, południe. Brama laboratorium. Na murach widnieją stare runy, prawdopodobnie jeszcze z czasów Duke’a. Zgodnie z zapiskami Radala opowiadają one o wyrwach w czasie i przestrzeni, jakie można znaleźć na tym świecie. Nie podoba mi się to miejsce. Krzyżyk zawibrował. Czyżby wyczuwał obecność demonów?

    Testament Radala:
    „To cień Zenas... Wyśmiałem cię, ale tak było. Teraz wiem, że miałeś rację. Nie wiem, czy usłyszysz moje przeprosiny, ale chcę ci powiedzieć, że żałuję, iż zignorowałem twoje strzeżenie. W tym laboratorium wszyscy poza mną stracili rozum i stali się "strażnikami". Ach, ty prawdopodobnie nie wiesz, czym jest 'strażnik'. To końcowe stadium choroby. Pacjenci nie oszaleli, lecz choroba przeniknęła ich myśli. Są zmuszeni ochraniać to miejsce. Ci strażnicy atakują każdego, kto się tu pojawi. Mogą być bardzo brutalni. Kto to zrobił? To był demon. Jedno jest pewne - jakaś demoniczna moc sprowadziła na nas tę chorobę. Ty jesteś przekonany, iż był to cień Zenas, jednak ja w ogóle nie wierzę w jej istnienie. Tak czy siak, wszystko przepadło... Cała praca badawcza Duke'a nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo jest teraz w rękach strażników. Bardzo tego żałuję, ale każda pomoc przybywa za późno. Zastanawiasz się pewnie, jak mogłem napisać ten list, otoczony strażnikami. Jeśli mam być szczery, to powiem ci, że również jestem strażnikiem. Już nie dam rady dłużej walczyć z chorobą. Szaleństwo zdążyło i mnie opętać. Pamiętam, jak mówiłeś, że powrócisz po 2 miesiącach. Jeśli znajdziesz mój list, proszę, spełnij moją prośbę. Jeżeli mnie znajdziesz, zabij mnie. Nie chcę już na zawsze wędrować po tym laboratorium jako zombie! Nie chciałbym stracić rozumu i stać się dla kogoś marionetką. Mam szczerą nadzieję, że znajdziesz ten list.”

    Doggo miał go przy sobie. Mówił, że była to część raportu innego poszukiwacza przygód, który podróżował po najniższym poziomie laboratorium. Radal pisał coś o cieniu Zenas. O co mogło mu chodzić? Zenas może i jest bezlitosna, jednak to jest Bogini, siostra Erenii. Coraz bardziej zaczyna mi się to nie podobać...

    Wtorek, 31. października. Minęło jakieś 15 godzin od wejścia do laboratorium. Nie natknęliśmy się na żadnego ze strażników. Doggo nie wspominał mi nic, że klątwa została zdjęta. Mimo to nie wydaje się on być tym faktem zdziwiony. Zgubiliśmy się kilka razy. W jednej z uliczek znaleźliśmy kamień czasoprzestrzeni. Dookoła niego leżały strzępki ubrań ubrudzone krwią. Strażnicy? Niestabilna wyrwa? Czy może coś gorszego? Nie wiem, uwzględnię to w raporcie. Rozbiliśmy obozowisko w ruinach sali wykładowej. Na tablicy dalej znajdują się słowa i runy. Mam wrażenie, jakby runy emanowały energią. Balentin wydaje się podzielać moje zdanie na ten temat, jednak z jakiegoś powodu nie chce mówić o tym głośno. Balentin jako mag z kręgu Maginów powinien te runy znać bardzo dobrze. Albo te runy są niegroźne, albo wręcz przeciwnie. Nasz tajemniczy szermierz poszedł wybadać okolice. Matko, to laboratorium jest ogromne! Moje rodzinne miasto Orła Pustyni nie jest tak duże jak ten obiekt. Albo za bardzo błądzimy...

    Wtorek, chyba. To już chyba noc. Ciężko określić mi ile godzin minęło. Napadli nas strażnicy. Cała horda strażników. Armia umarłych zbierana przez jakieś stulecia... Zostaliśmy tylko ja, Balentin i Doggo. Nasz tajemniczy szermierz odwrócił uwagę stada i poświęcił się. Nie spodziewałem się po nim takiego heroizmu. Jeśli jakimś cudem przeżyłeś, odwdzięczę się.
    Skryliśmy się w okolicy dziwnego odłamka czasoprzestrzeni. Emanuje z niego znacznie większa energia niż z czegokolwiek, co dotąd w życiu widziałem. Doggo twierdzi, że był tu kiedyś. Wydaje mi się, jakby chciał skorzystać z wyrwy jak z przejścia. Nie podoba mi się ten pomysł. Balentin jest zbyt zdruzgotany po walce. Pora wynosić się z tego miejsca...

    Doggo zniknął. Po prostu zniknął. Razem z nim cała wyrwa. To chyba zły znak. Musimy jak najprędz<W tym miejscu urywa się wpis>

    To cień Zenas... Ty. Ty, który czytasz ten list. Klątwa cienia narasta w siłę. Nie mam czasu tego tłumaczyć, tracę siły. Nie wiem czym jest cień Zenas. Wiem tylko, że każdy, kto wejdzie do starego laboratorium Duke’a, umrze. Właściwie nie umrze. Zostanie strażnikiem. Tak jak ja teraz. Strażnicy. Nie wiem czym są. Nie wiem czego pilnują. Cały legion nieumarłych pilnujących bramy we wnętrzu laboratorium. Dziwne kamienie czasoprzestrzeni, pojawiające się i znikające. I jest jeszcze On. Cień Zenas. Zenas jest moją Boginią, jednak ten cień. Uosobienie zła. Nie wiem, czy uda mi się skończyć list. Moja siła woli słabnie. Ty, który czytasz ten list. Powiadom NosObóz. Powiadom krzyżaków. Powiadom wszystkich. Laboratorium Radala, znane również jako laboratorium Duke’a. To, co się tutaj znajduje... Musicie zniszczyć to miejsce. Musicie zabić cień Zenas. Inaczej czeka nas coś gorszego niż przebudzenie Fernon. Czeka nas coś gorszego niż upadek cywiliza <W tym miejscu urywa się wpis>


    -Zniszczyć. Zwłoki spalić, Doggo odnaleźć i odesłać z powrotem do NosObozu. Nikt nie może się dowiedzieć, co planujemy. Przeszukajcie jeszcze raz wszystkie korytarze. Jeśli zwykli śmiertelnicy byli w stanie zajść tak daleko, oddział zwiadowczy Erenii przekradłby się bez większego trudu. Strażnicy to za mało. Oddział Kamaela może zająć się patrolowaniem okolic bramy mego cienia. Reszta zgodnie z planem. Zwiększcie obstawę przewozów. Ostatnio ataki się wzmagają. Musimy usprawnić technologię teleportacji przez czasoprzestrzenie. W Seli Lusha to my jesteśmy siłą.
    -Tak jest.
    -Latheore. Mój Latheore. Wkrótce będziesz wolny... Odmaszerować!


    15.
    Pokaż spoiler
    Wszyscy znali opowieści na temat okrucieństwa Amona. Olbrzymi stojący w płomieniach Demon o sile tysiąca mężczyzn, oczach czarniejszych niż obsydian i wzroście zasłaniającym promienie słońca. Istota przyzwana z najgłębszych czeluści Otchłani aby wykonywać jedno jedyne zadanie – strzec Sztyletu Rozpaczy, artefaktu z łez bogini Ancelloan, jedynej broni zdolnej przebić ciało Erenii.
    Legendy głoszą, że gdy armia piekieł pod dowództwem Amona podbiła Bramę Niebios, a Święta Protektorka Zenas została ścięta własnoręcznie przez Erenie, próbowali oni zniszczyć sztylet. Jednak mimo użycia całej potęgi piekieł i boskiej mocy sztylet pochodzący od samej Stworzycielki pozostał nienaruszony. Wtedy też zabrała sztylet do Ruin Piekła, ukryła w najgłębszych lochach i pogrzebała pod morzem wrzącej lawy. Wyczerpana po walce pogrążona była od tysiącleci w letargu czerpiąc moc z ciała i krwi Zenas.
    Jednak w końcu się przebudziła.
    Nagle ze wszystkich stron świata zaczęły nadchodzić raporty o dziwnych anomaliach i podwyższonej agresji potworów. Niedługo po tym Cylloan zostało podbite przez armie piekieł. Ci, którzy uciekli przed rzezią, opowiadali nie tylko o demonach i ich wynaturzonych bestiach ale też o spowitych w mrok aniołach. Ostatkiem sił rycerze Zakonu zapieczętowali wejście do naszego świata, samemu skazując się na śmierć w ogniu Erenii.
    Od tego wydarzenia ludzkość zawiera sojusze, mobilizuje armie i stara się bronić gdy Talionom uda się przedrzeć przez wyrwy w czasoprzestrzeni. Jednak wszyscy wiedzą, że pieczęć w końcu straci moc, a świat podzieli los Cylloan i bogini Zenas.
    -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Ramos od początku wiedział, że w otwartej walce nikt nie ma szans przeciwko Erenii, Amonowi i ich armii. Jako mistrz Gildii Skrytobójczej, tajnej organizacji Lorda Cuarry, wbrew jego rozkazom, wyruszył z zamiarem wykradnięcia sztyletu. Gdy armia Inkwizycji przeszła do Cylloan, aby zdobyć Ruiny Piekła, niepostrzeżenie ruszył za nimi. Przeczekawszy bitwę, gdy ucichł ryk bestii niosący się przez góry, wyruszył na miejsce masakry. Kończył mu się prowiant, koń podkradziony oddziałom padł dwa dni temu, a on sam coraz bardziej uważał, że przecenił swoje możliwości. „Co może jeden człowiek przeciw potędze zdolnej zniszczyć całą armie, a nawet Bogini?”. Gdy dotarł do celu i ujrzał pobojowisko, coraz bardziej męczyła go myśl, że być może jest to podróż w jedną stronę.
    W powietrzu można było wyczuć odór siarki, ludzkich ekskrementów i spalonego mięsa. Roztrzaskane tarcze, powyginane kawałki pancerzy i broń walały się wszędzie wokół skąpane we krwi. Ramos wiedział, że to co ujrzy nie będzie widokiem przyjemnym, lecz na to co zobaczył nie mógł się przygotować. Przed zamkiem w centrum dziedzińca leżał stos zwłok, a raczej tego co pozostało z wysłanej tu armii Inkwizycji. Zbite w masę nagie ciała ludzi, koni, ogarów i gryfów pozbawione niektórych członków i krwi. Twarze śmiałków wykrzywione w grymasie przerażenia, bólu, rozpaczy. Na podwyższeniu za nim na palu nabita była głowa Arcykapłana Marvina z powyrywanymi zębami, wyłupionymi oczyma i przybitym do czoła odwróconym krzyżem.
    Ta walka to był ostatni zryw. Ostatnia nadzieja. Ostatnia szansa na wygranie tej wojny.

    Ominąwszy stos ruszył w cieniu do wejścia. Olbrzymie wrota z wygrawerowanymi jarzącymi się czerwienią runami był rozwarte na oścież, jakby zapraszając do środka. „Nie musisz się nikogo obawiać, jeśli to Ciebie trzeba się obawiać”. Dopiero gdy się zbliżył dojrzał, że prócz run wyryte są na nich także iście dantejskie sceny. Na środku obu skrzydeł wrót ukazana była demonica, spijająca cieknącą krew z trzymanej nad sobą urwanej głowy. Wokół widać było Anioły katowane przez Demony. Były one obdzieranie ze skóry, pozbawiane kończyn i zalewanie lawą. Ogrom tego miejsca, obrzydliwy zapach i cisza która nastała od czasu klęski wojsk Inkwizycji sprawiła, że po Ramosie przeszły ciarki. Czuł, że w jego żołądku się przewraca. Mimo, że widział nie jedno w życiu, poczuł że popełnił błąd, a zwątpienie to najgorszy wróg.
    Wkroczył w mroczny korytarz wyłożony czerwonym granitem. Ściany wyściełane były czaszkami ludzi, aniołów, a nawet demonów. Cały czas trzymając się jej kurczowo starał się podążać przed siebie. Wrota pozostawił już daleko w tyle, a końca tunelu nie było widać. W głowie miał tysiące myśli. To miejsce wpędzało w szaleństwo...
    Nagle mrok ustąpił. Jego oczy rozszerzyły się. Korytarz kończył się balkonem, z którego rozpościerał się widok na nieskończenie olbrzymią komnatę. Nie było widać jej końca, ścian, dna ani sufitu. Z góry lały się olbrzymie potoki magmy. W dole między nimi dostrzec można było most, który zdawałoby się lewituje i niknie gdzieś w oddali. Zabrnąwszy już tutaj Ramos ruszył schodami w dół. Mimo wrodzonej ostrożności ruszył biegiem przed siebie, wiedząc że i tak jest tu świetnie widoczny.
    Chwilę potem wkroczył do wielkiej jamy. I wtedy go zobaczył... Wielka rogata mroczna postać siedziała w dole odwrócona plecami do niego. Ramos ledwo powstrzymał się przed zwróceniem posiłku, gdy zorientował się, że Amon właśnie żywi się martwymi żołnierzami. Niedaleko przed nim stała rzeźba - wykuta w czarnej skale kobieta, leżąca w kuszącej pozie z jedną ręka wzdłuż ciała, a drugą przed sobą trzymając sztylet.
    Ramos ruszył najciszej jak potrafił. Przemykając koło ścian i między kolumnami zszedł do pieczary pod nim. W pewnym momencie usłyszał donośne charknięcie i zamarł. Odczekawszy chwilę wznowił krok za stosami trupów, ich odór był ledwo do wytrzymania. Między nim, a rzeźbą było już zaledwie pięć metrów… i najpotężniejszy demon. Ramos rozejrzał się, sięgnął po leżącą obok dłoń i cisnął nią za siebie. Huk zakutej w stalową rękawice kończyny poniósł się echem po jaskini. Serce mu przyśpieszyło, gdy Amon przestał pożerać zwłoki i przez chwilę nasłuchiwał. Za sekundę odwrócił się i ruszył w kierunku odgłosu, a jego krokom towarzyszył głuchy stukot kopyt. To była jedyna szansa. Ramos ruszył w stronę sztylet, by po chwili się przekonać, że jest on dużo większy niż dwuręczne miecze noszone przez paladynów Zakonu. Chwycił jednak oburącz za rękojeść i w tej chwili zaczął maleć, idealnie dopasowując się do ludzkich rozmiarów. Nie zastanawiając się długo schował go za pazuchę i zawrócił. Stracił Amona z oczu i zastanawiał się czy zauważył on brak artefaktu. Nie oglądając się za siebie podążył kamiennym mostem z powrotem.
    Bez trudu dotarł do schodów i tunelu. Jednak gdy do niego wszedł była w nim ściana z litej skały. Zaczął ją nerwowo obmacywać w poszukiwaniu jakiegoś przełącznika lub ukrytego wyjścia. Nagle usłyszał za sobą zamykanie drzwi, opuszczaną kratę, a tunel wypełniła ciemność i śmiertelna cisza. Wtem w jego głowie rozległ się szaleńczy i donośny śmiech. Po chwili jednak ustąpił głosowi potwora. „Uwielbiam to uczucie, gdy wydaje wam się, że wszystko się uda, że dokonacie niemożliwego, że ocalicie swoich bliskich, a tak na prawdę zwodzę was do samego końca”. Ramosowi stanęło serce. Zastanawiał się gdzie popełnił błąd. „Tak jak wszyscy przed Tobą myślałeś, że najciężej ukraść sztylet”. Demon znowu zarechotał drwiąco. „Prawda jest taka, że żaden głupiec nie jest godzien wyjść z piekła, do którego po niego przyszedł. Wy ludzie jesteście mordercami, niszczycielami, równie mrocznymi istotami jak demony i zasługujecie na wieczne cierpienie w ogniu Erenii. Obiecuję ci, że Twoja czaszka dołączy do tych w korytarzu, twoja krew wzmocni moją władczynie, a twoje ciało pożre już niebawem”. Otoczony przez ciemność nie mógł się pogodzić ze słowami Amona. Czuł jak mocz spływa mu po nogawkach. Nagle w ciemności dostrzegł parę płonących oczu. Nim jego martwe ciało padło na ziemie, poczuł jak jego serce zostaje wyrwane z piersi.